Wpisy z tagiem: Where amazing happens
piątek, 27 stycznia 2012
Wspaniały to był mecz! Aj, aj... Orlando upokorzone drugi raz z rzędu. Zapamiętajcie sobie tylko jedno. W NBA nie ma takiej różnicy punktowej, która przekreślałaby ostateczną szansę na zwycięstwo! Celtowie bez Rondo, Allena i O'Neala przegrywali w drugiej kwarcie już... 27 punktami. Nikt normalny nie posądzał "Zielonych" o zmartwychwstanie, a jednak niemożliwe stało się faktem. Genialna gra Pierce'a, Garnetta i Moore'a sprowadziła pewnych swego gospodarzy do pozycji ''horyzontalnej"... Panie, Panowie tak bronią Boston Celtics. Obejrzyjcie koniecznie i głoście tą radosną nowinę. Jest kwadrans po 5, a ja czuję się jakbym wypił 3 kawy! Dziękuję. Dobranoc.
91 - 83
BoxScore do wglądu. Magic w czwartej odsłonie meczu zdobyło 8 punktów, a niejaki Dwight Howard powinien zacząć poważnie myśleć o zmianie otoczenia. Do twarzy mu w zielonym, a i na pewno nie miałby w Bostonie tylu powodów do frustracji, jak ostatnimi czasy na Florydzie.
niedziela, 15 stycznia 2012
Korzystając z faktu, że sezon regularny na najbardziej błyszczących parkietach w galaktyce, trwa dopiero 3 tygodnie, muszę pokusić się o kilka dość przewidywalnych refleksji. Spostrzeżenia moje, opieram tylko na popełnionych w pełnym wymiarze „nocnych czuwaniach” i są one wytworem mojej koszykarskiej wyobraźni, która cały czas jest zaskakiwana napotkanym biegiem wydarzeń.
Słowa poniższe piszę z pozycji fana, który gdy już wstanie o 1 w nocy na „tylko jeden” mecz, opatulony w ciepły koc i dzierżący w dłoni kubek czegoś ożywczego, trwa tak do bladego świtu. NBA jest kochanką tyleż wymagającą, co niezwykle absorbującą. Doskonale wie co lubię, ale gdy przez czas jakiś nie poświęcam jej należytej nocnej uwagi, potrafi sprowadzić mnie do parteru. Nie czyni wyrzutów, nie ciska gromów, nie napada na moją męską autonomię, bo wie, że słabości swoje mam i gdy tylko nadarzy się sposobność wrócę. NBA ma świadomość tego, że gdy rozpoczynam dzień z „bułką maślaną nad gazety plamą”, to chwilę wcześniej sprawdzam w telefonie wyniki spotkań. I zaczyna się… Dwie dogrywki Heat z Hawks, 49pkt Bryanta, Marcin Gortat śrubuje swe koszykarskie dokonania, a Boston Celtics dość ociężale zbierają się do walki o jakiś półfinał konferencji albo i nie zbierają się wcale. Porcja porannych wyrzutów sumienia, wynikająca z faktu, że przeżywanie tych wydarzeń nie stało się moim bezpośrednim udziałem, działa na mnie lepiej niż poranny prysznic. Zarzekam się wtedy, że wynagrodzę jej ten stracony czas, poprawię się, piętnując swe niedoskonałości charakteru. Jak się błyskotliwie domyślacie, kolejną noc spędzamy już razem w wielkim zapomnieniu… I tak mijają dni, tygodnie, miesiące, aż do fazy sezonu gdy dzieją się rzeczy zwłaszcza niesamowite, a kolejne pierścienie lądują na palcach wybrańców.
Korzystając z faktu, że rozgrywki mimo wszystko tkwią jeszcze w progach startowych, wypada skierować 10 życzeń (7 to stanowczo zbyt mało) do koszykarskiego kota Rademenesa. Jeśli moje intencje zostaną przynajmniej w połowie spełnione, to zapowiada nam się piękny czas sportowych uniesień.
Rademenesie wszechwładny, dysponujący mocą nieokiełznaną: I. Chciałbym, żeby mistrzostwo zdobył team z Bostonu. Mecze, żeby były heroiczne, trup padałby gęsto, a siedmio - meczowych konfrontacji w playoffs było kilka. Chciałbym, żeby to był ich ostatni taniec w tym geriatrycznym zestawieniu, bo młodość rządzi się swoimi prawami i prędzej czy później, to jednak upomni się o swoje.
II. Cenię talenty LeBrona Jamesa, ale marzę by trwający sezon był dla niego pasmem niepowodzeń i koszykarskich rozterek. Jak mawiali starożytni Szwedzi: „No ring, no king”. Jeśli ma przywdziać jedyny mistrzowski pierścień w karierze na swego fingersa, to niech zasłuży na niego samodzielnie bez całego zastępu gwiazdorów w odwodzie. Życzenie poboczne na przyszłość mam. Niech moce magiczne sprawią, by „Król James” swój jedyny tytuł zdobył za lat kilka z Milwaukee Bucks. To zniosę.
III. Chciałbym, by najskromniejszy zawodnik w lidze, zdobył drugi raz z rzędu statuetkę MVP. Najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że Derrik Rose chce po prostu grać w koszykówkę.
IV. W imieniu własnym i innych fanów NBA w tej szerokości geograficznej. Prosimy o wydłużenie doby przynajmniej do 30 godzin. My naprawdę musimy się wysypiać.
V. Marcin „Polish Meat” Gortat ma już 27 lat i chciałbym, by za sprawą swej dobrej gry znalazł się w jakiejś mocnej ekipie, a tam cały czas byłby „Wielkim Białym Ninją”.
VI. Chciałbym, aby kolejna „wielka miłość” Tonego Parkera poszła w tango z „najprzeprzystojniejszym” zawodnikiem, jaki biegał po parkietach ligi, czyli z … Samem Cassellem. Pamiętaj Tony, żeś źle się obszedł z Evą.
VII. Chciałbym, aby Vince „Air Texas” Carter przed zakończeniem kariery przeskoczył Dwighta Howarda i zakończył owego jumpa jakimś spektakularnym dunkiem. Jak lata temu w Sydney.
VIII. Chciałbym, aby jeden z meczy między Lakers – Clippers zakończył się trzema dogrywkami. Kto ma wygrać? Sam zdecyduj Rademenesie.
IX. Chciałbym, aby Jimmer Fredette z Sacramento Kings został wytransferowany do Celtics. Takiego grajka, który sypie trójczynę za trójczyną z 10 metrów, liga jeszcze nie widziała. Amerykanie mawiają na takich – Fun to Watch! Dawać go do TD Garden.
X. Ostatnie życzenie. Ból głowy, bo mam jeszcze tuzin fanaberii do spełnienia, ale zdecyduję się na to. Chciałbym, aby wraz z końcem tego sezonu David Stern powołał do życia Dywizję Euro-Atlantycką, a resztę jesteście sobie w stanie wyobrazić.
|
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Autor bloga.
Blogi, które robią mi dobrze.
Czytając tego bloga musisz wiedzieć, że:
Konkret meila napisz do mnie może.
Poopcooolturowy kocioł.
Sportowy Świat
Tam bywam nader często.
Tagi
![]()
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||