W obliczu postępującej fascynacji basketem spod znaku NBA i piłką kopaną, zacząłem płodzić grafomańskie wersety! Czytelniku Drogi nalej sobie odrobinę i pozwól mi zająć Twą wysublimowaną uwagę przez dosłownie chwilę ...

Wpisy z tagiem: Wojciech Kowalczyk Legia Warszawa

sobota, 07 stycznia 2012

Ja i paru moich kolegów z podwórka, ze szkolnej ławy, ewentualnie od zupy chmielowej, ceni tego piłkarza za życiową szczerość, bezkompromisowość, a kiedyś za strzeleckie inklinacje. W kwietniu tego roku skończy 40 lat i pewnie gdyby mu się chciało chcieć, to może kiedyś zupełnym przypadkiem, poprowadziłby seniorską reprezentację naszego kraju. Zasadniczą przeszkodą mogłoby być jego wykształcenie, bo jednak te 6 klas podstawówki, to nawet jak na trenera ciut za mało, ale dla chcącego nic trudnego jak mawiają. Jeśli nie udałoby mu się zostać głównym coachem, to przynajmniej trenerem odnowy... O kim mowa? Wiadomo, ta wspominkowa notka będzie traktować o moim piłkarskim idolu, czyli o Wojciechu Kowalczyku.

 

  

 

Podczas wszelakiej maści spotkań towarzyskich z moim szanownym koleżeństwem, prędzej czy później (zwykle jednak później) pada pytanie: "A Wojtka Kowalczyka pamiętacie? Oj klej w nodze i ciąg na bramkę to on miał jak nikt, ale dlaczego tak wcześnie skończył karierę? Takiego napastnika to my już prędko mieć nie będziemy". W tym newralgicznym momencie wieczoru następuje retoryczna cisza, a po chwili koleżeństwo zaczyna prześcigać się w opowiadaniu anegdot z Panem Wojciechem w tytule. Bo jego osoba to temat niezwykle wdzięczny do rozmów, a w tych naszych opowieściach jego sylwetka ma już raczej wymiar legendarny. Chłop z Bródna jak malowany, co to swój pomysł na życie miał.

 

 

 

 

Po pocztowych kartkach, które "otrzymałem" na święta, wnioskuję, że część mojego koleżeństwa zadaje sobie trud i odwiedza tego bloga. Tym samym chciałbym wykorzystać okoliczności i wskazać na prawdziwe przyczyny, które pomogły Wojtkowi w podjęciu takich, a nie innych życiowych postanowień. Mam nadzieję, że heroiczny obraz idola w Waszych głowach nie zostanie brutalnie zniszczony. Wojtek nie chciał mieć więcej czasu, by czytać, a już na pewno nie w głowie mu było kolekcjonowanie rzadkich przedwojennych znaczków... Usiądźcie.

 

W 2008 roku na łamach portalu weszło.com, Kowalczyk w swoim stylu pisał tak:

 


"W każdym razie powtarzam – dobry piłkarz pije. Może się to komuś nie podobać, tylko po co obrażać się na rzeczywistość? Po każdym meczu piłkarze idą na imprezę. Nie mówię – idźcie na imprezę, będziecie najlepsi na świecie! Stwierdzam fakt, że chodzą i najlepsi, i najgorsi. Chodzi i Real Madryt, i jakieś gówienko z drugiej ligi. Z doświadczenia wiem, że im lepiej idzie, tym imprezy są huczniejsze – to chyba nikogo nie dziwi. Jak sądzicie, co się dzieje teraz w Zenicie? Kriżanac powiedział ostatnio, że jak Puchar UEFA zdobyli, to trzy dni pili non stop. A teraz sądzicie, że nie pili po ograniu Manchesteru United?

Naprawdę nie rozumiem – mam udawać, że tak nie jest? Jak ktoś pyta, to mam mówić: - Nie, nie ma żadnych imprez, przez całą swoją karierę próbowałem wyciągnąć gdzieś kolegów z zespołu, ale nigdy mi się nie udało? Sorry, ale to nie w moim stylu. Nie ja wyciągałem, tylko mnie wyciągali. W Hiszpanii to normalne. Głośno mówi o tym np. Jan Urban, ale jakoś nikt się go za to nie czepia. A też można powiedzieć, że przepił karierę – trzy gole Realowi strzelił, a potem dupa blada. Pewnie za dużo świętował. Jasne...

Wracając do sedna...  Napisali, że przepiłem karierę. Tak? Spytajcie o to Ferrera, Aragonesa albo Remona (prowadził Real Madryt nie tak dawno) – ciekawe, czy którykolwiek miał ze mną jakieś problemy związane z alkoholem. Wyrzucono mnie w życiu z jednego klubu, na Cyprze, a to dlatego, że domagałem się bardzo dużej sumy, jaką klub był mi winien. Oczywiście potem sprawę o tę kasę wygrałem. Nigdy w żadnym meczu nie grałem po pijaku. W jednym na kacu – w finale Pucharu Polski, trzy dni wcześniej zdobyliśmy mistrzostwo. Strzeliłem gola i zaliczyłem asystę. 2:0.

Pojawi się więc pytanie – w takim razie dlaczego tak szybko skończyłeś karierę? Szczerze? Bo mi się nie chciało. Taki już mam charakter, że jak mi się chce, to robię coś na maksa, ale jak mi się odechce... Wołami mnie nie zaciągniecie. I mnie się odechciało. Na samą myśl o kolejnych obozach przygotowawczych, zgrupowaniach, tygodniach w hotelu i tak dalej miałem odruch wymiotny. Po prostu zajebiście mi się odechciało grać. Przestało mi to sprawiać przyjemność. Gdybym trafił do Barcelony, to by mi się chciało. A dalej gdzieś tam się męczyć po średnich klubach – nie. Na przykład „Józek” (Juskowiak) ma inny charakter i męczył bułę prawie do czterdziestki, w Erzgebirge Aue. I fajnie. Ale ja wolałem sobie pojechać na grzyby. Naprawdę.

Są piłkarze, co rozmieniają się na drobne i chodzą z klubu do klubu, żeby dorobić. Ja już byłem zarobiony. Tyle. Jeśli zdaniem niektórych prawdziwym sportowcem byłbym wtedy, gdybym oszukiwał wszystkich (jak to robi trzy czwarte piłkarzy po trzydziestce, reszta pewnie ma pasję), że mi się chce i że świetnie się bawię na boisku, to dziękuję bardzo. Mówię szczerze – nie chciało mi się.

Potem, po dwóch latach odpoczywania, stwierdziłem, że jednak mi się nudzi i na chwilę wróciłem. Ale to już nie było to. Cypr (podobnie jak Las Palmas) to były kierunki czysto turystyczne. Lubię taki klimat, lubię jak jest ciepło. To pojechałem, poopalałem się, przy okazji strzeliłem trochę bramek i wróciłem. Bo znowu mi zapał minął.

Ale gdzie tu przepicie kariery, nie wiem. Bawiłem się – jasne. Tak jak wszyscy i ze wszystkimi. Zadzwonicie do Maciusia Żurawskiego i spytacie, czego się napił wczoraj, to nawet gdybym wygrzmocił cysternę whisky (jak pewnie 95 procent piłkarzy ligi greckiej po zakończonej kolejce), powie „wodę mineralną”. A ja się przyznam – byliśmy tu i tu, wypiłem cztery piwa. Z tych czterech w opowieściach oczywiście zrobi się szesnaście, bo skoro powiedział, że cztery, to znaczy, że zaniżył".

 

 


Bez fałszu i obłudy. Cały Wojciech Kowalczyk, czy to się komu podoba lub nie. Czasy się trochę zmieniły i "piłkarski profesjonalizm" kojarzy się  już z nieco innymi atrybutami. Kowala oceniajmy najpierw jako piłkarza, a co pijał i z kim, to jest już jego prywatna sprawa. Jeden fakt nie ulega wątpliwości. Ten człowiek, piłkarsko poradziłby sobie w każdej dekadzie, bo dysponował czymś, co choćby teraz jest towarem deficytowym, nie tylko na naszych boiskach. Kowalczyk miał (i ma nadal) charakter nie tylko w życiu, ale głównie na murawie. To był bez wątpienia największy talent ostatniego 20-lecia jaki pojawił się nad Wisłą. W 1994 Legia wytransferowała go do Betisu Sevilla za 1, 750 000 USD. Ta kwota na tamte realia była czymś nieprawdopodobnym. Takie pieniądze za polskiego piłkarza zwiastowały gracza wielkiego formatu. Wojtek miał prawo się zachłysnąć tym co go spotkało. C'est la vie... To, że teraz coś kontrowersyjnego napisze, powie na antenie, albo przypadkiem skończy we wtorek to, co zaczął w piątek niczego nie zmienia. Kowal wielkim piłkarzem był i basta.


 


 

A ja z moim szanownym koleżeństwem, będę konsekwentnie rozprawiał o tym co by było gdyby, bo my naprawdę lubimy Wojtka. Przypomniał mi się jeszcze mecz Polska-Finlandia (29.05.2010), który zakończył się bezbramkowym remisem. Gdy w pierwszym składzie Finów, zobaczyłem Jariego Litmanena westchnąłem. Wtedy miał 39 lat i na boisku radził sobie zupełnie nieźle. Chwyciłem telefon i posłałem do kolegi Michała z Brodnicy wiadomość tekstową. W tym sms-e retorycznie pytałem gdzie jest nasz idol, czytaj Kowal, bo przecież jego miejsce powinno być mimo wszystko na zielonej murawie. Sms zwrotny nie nadaje się do zacytowania, ale sens wiadomości równoznaczny jest mniej więcej z treścią tego wpisu...

| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi
stat4u
Blogi Sportowe
Najlepsze Blogi


SportowyŚwiat.com