Boston wygrał (100-92) minionej nocy z „Łoszyngton Czarodziejs”. Nie można się za bardzo nad tym faktem roztkliwiać, bo koszykarze z stolicy USA cieniują wielce, a dla Celtów to też nie jest jakiś szczególny powód do dumy. Był to kolejny mecz, który trzeba było wygrać i wszystko. Do końca sezonu regularnego jeszcze tylko 60 spotkań dlatego trzeba mieć się na baczności, bo w NBA nie bierze się jeńców…

Jako, że sympatyzuję z „Zielonym Gangiem” dość intensywnie, to chciałbym w telegraficznym skrócie napomknąć o pewnej okoliczności, która przytrafiła się w kontekście zwycięstwa nad Wizards. Ray Allen i Paul Pierce mają razem 70 lat, a na parkietach ligi egzystują już wspólnie 28 sezonów. Młodszym rocznikom imponują profesjonalnym podejściem do koszykówki i dostrzegalną radością jaką cały czas daje im kozłowanie, penetrowanie i rzucanie do dziury…

Mimo, że ich kariery nieuchronnie zbliżają się ku schyłkowi, to nadal decydują o obliczu drużyny i to jest w tym wszystkim najpiękniejsze. Tym samym śpieszę donieść leniwym, którym nie chciało się sprawdzić statystyk z ostatniego meczu, że jest dobrze. „Sugar Ray” rzucił 27 punktów trafiając w 7 próbach zza łuku aż 6 razy! „The Truth” dołożył do tego 21 oczek (rzucając między innymi 4 „trójki”), 8 zbiórek i 4 asysty. Innym imponują gracze, którzy windują statystyki na jakieś niebiańskie poziomy, zresztą ja czasem też lubię popiać z zachwytu. Wyznam Wam jednak, że największe wrażenie robi na mnie etyka pracy właśnie tych dwóch shooterów wymienionych z nazwiska. Od wielu lat wzbudzają mój podziw i już na zawsze będą należeć do mojej prywatnej galerii sław. Swoimi sylwetkami wspaniale wpisują się w specyfikę Celtów, a ja z mojej strony chciałbym zatrzymać czas w miejscu…