Z życia wzięte. Rzecz się działa jakoś w połowie miesiąca, a dopiero teraz sobie uzmysłowiłem, że nie macie wiedzy w temacie, który stał się moim, nie byle jakim udziałem. Wracam po całym dniu z miejsca zatrudnienia, a moje myśli krążą wokół wieczornego posiłku. Nagle dzieje się sytuacja niesłychana. Czytajcie dalej co następuje!
Ona w tematyce koszykarskiej jest już nieco zorientowana i pierwszą piątkę Boston Celtics ma raczej w małym palcu. Ona wie również, że najlepszym zawodnikiem ever tej dyscypliny nie był wcale Michael Jackson. Ona świetnie radzi sobie z dwutaktem i minionego lata rzuciła z rzędu 10 osobistych, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu. Ona doskonale zdaje sobie sprawę z faktu, że każdego 10 dnia miesiąca wychodzi nowe MVP, którego lekturę wprost uwielbiam. No i przestępuję próg mieszkania by po chwili zorientować się, że coś jest nie tak. Kanapek moc i nowiuśkie, dziewicze, pachnące jeszcze farbą drukarską, październikowe MVP w kuchni czeka na mnie jak nic! Smak miękkiej bagietki, nie z salcesonem (wrrr) i czytadło do posiłku to dla mnie coś czego ogarnąć za bardzo nie umiem. Mała rzecz, a cieszy mnie okrutnie. A wszystkiemu winna Ona i trzeba Wam wiedzieć, że tupet również ma... Nigdy nie wiesz co Ci dzień przyniesie także czasem warto ugryźć się w język!

A propos. Ona jest jedyną osobą, która może mnie bezkarnie wkur...ć, mówić co wypada, a co już jest barbarzyństwem! Tylko Ona, całej reszcie jestem w stanie z grubsza, naprędce odpyskować. I Love This Game!
