W obliczu postępującej fascynacji basketem spod znaku NBA i piłką kopaną, zacząłem płodzić grafomańskie wersety!
Czytelniku Drogi nalej sobie odrobinę i pozwól mi zająć
Twą wysublimowaną uwagę przez dosłownie chwilę ...
A było tak. Połowa lat 90 jakoś. Wtorkowe przedpołudnie czytaj godzina 11 na tarczy. Na antenie TVP 2 program znakomity w swej treści, boNBA ACTION w którym to podsumowywano miniony tydzień na parkietach ligi. Co ja na to? Ano szkołę podstawową miałem zlokalizowaną 3 minuty od domostwa i świadomość, że w tv moja ukochana koszykówka w konfrontacji z trzecią godziną lekcyjną matematyką zwaną. Co wybrać? Wiadoma rzecz. Jak raz w tygodniu zerwę się z matmy, to nic się nikomu złego nie stanie bo i NBA w tamtych czasach, to było coś co beret ryło młodocianym niemiłosiernie. Jak pomyślałem tak zrobiłem. Audycja trwała 30 minut, a moja nieobecność zawsze mogła zostać wytłumaczona niestrawnością tudzież innym wirusem. Praktykowałem ów proceder przez wiele, wiele wtorków nie bacząc na konsekwencje żadne. A i tych nie miałem raczej poważnych bo uczniem byłem pojętnym, co to do wspólnego mianownika sprowadzić potrafił. Telewizja publiczna serwowała nam przez długi czas jeden mecz w każdy poniedziałek o godzinie 16, a raczej jego skrót i czwartą kwartę w całości oraz wspomnianą wtorkową pozycję. Choć było tego o wiele za mało, to i tak człowiek czekał na te dwa dni cały dłuuugi tydzień. Część z Was pewnie doskonale rozumie o czym piszę. Zafundowałem Wam jednak tą opowiastkę z mojej przeszłości, by nawiązać do znaleziska znakomitego, a mianowicie TOP 10 z roku bodajże 1995 wypłynęło na jutiubie i nie sposób wobec tego przejść obojętnie. Panowie Szaranowicz i Łabędź swym komentarzem dupy nie urywają, ale ogląda się to pięknie i z westchnieniem nie byle jakim. Paczunia Pennego Hardawaya nad Patrickiem "King Kongiem" Ewingiem ewidentnie konkretnej urody. Do wglądu koniecznie.