Wpisy z tagiem: all star game
czwartek, 24 lutego 2011
All Star Weekend Anno Domini 2011 za nami. Amerykańskie show godne blasku najsilniejszej ziemskiej ligi stało się faktem. Fruwający Blake Griffin w konkursie wsadów nie przeskoczył wprawdzie Ursusa C-360 obarczonego przyczepą z ładunkiem życiodajnego kompostu, ale pofrunął nad maską auta marki na K. (i nie był to radziecki Kamaz). Zgodnie z przewidywaniami jego Car Dunk przyniósł mu zwycięski laur. Konkursy programowe odbyły się zgodnie ze scenariuszem. Kto miał się pokazać w pierwszych celebryckich rzędach to się pokazał. Gibkie i chyżonogie cheerleaderki swymi ekspresyjnymi biodrami umilały milionom kibiców konsumpcję popcornu i rozmaitych używek. Ale do meritum przechodząc…
Lakers Girls (żeby nie było, że zmyślam).
Nastała długo wyczekiwana lutowa niedziela. Aura na zewnątrz nijak nie przypominała mi wakacji w lipcu 1997 kiedy to na harcerskim obozie, nauczyłem się niecnych postępków. Od godziny 22.30 razem z bandą kilku "pospolitych rzezimieszków" spotkaliśmy się w pubie dla revolverowców w stolicy Warmii. Kilka męskich dusz spragnionych ekstatycznego basketu, trochę zimnego bursztynowego trunku, arsenał chipsów i rozmowy o koszykarskich bogach z naszej młodości. Zza knajpianych drzwi dobiegał skowyt wygłodniałych wilków. Na ulicach grobowa cisza. Minuta za minutą, godzina za godziną. Atmosfera podniecenia była wyczuwalna, a i piwa jakby zaczęło ubywać. W podtrzymaniu funkcji życiowych przyszły nam z odsieczą prawdziwe tureckie kebaby, bez oliwek ma się rozumieć. Z Turcją miały tyle wspólnego co nasza kadra z miejscem na pudle w 2012 podczas wiadomo jakiej imprezy. Smakowały bo smakować musiały. Stacja z plusem w nazwie, zafundowała nam reportaż o kubańskich małoletnich bokserach, tłukących się bez opamiętania po gębach w imię Fidela i chwały kubańskiego socjalizmu. Moment krytyczny za nami. Wreszcie studio przedmeczowe. Widać, że stacja z plusem w nazwie jechała po kosztach. Scenografia z tzw. dupy. Prowadząca o imieniu Paulina (nie rzucę nazwiskiem bo też ma uczucia…) wiedzę na temat basketu miała chyba z ''Pocztu królów i książąt polskich''. Równie dobrze mogłaby wykładać fizykę kwantową na uniwersytecie trzeciego wieku… W studio trzech "tuzów" trójmiejskiej koszykówki, których poziom wypowiedzi porównałbym do monologów Joli Rutowicz. Choćbym chciał (a nie chcę) to nie jestem w stanie przypomnieć sobie ich personaliów. Przetrwaliśmy i ten punkt wieczoru. Złocisty trunek smakował wybornie.
I tak nastał długo wyczekiwany moment rozpoczęcia meczu Wschód-Zachód. My świadomi praw i obowiązków zamówiliśmy co niezbędne by delektując się pierwszą kwartą nie rozpraszać się nadto. Na stanowisku komentatorskim Wojtek "Ułła" Michałowicz, koszykarski as atutowy stacji z plusem w nazwie. Prezentacja zawodników, show, hymny, plaża, zimne drinki… moment nie ten tekst! Zaczęło się! Pokaz siły z obu stron, parę wsadów, jakaś trójka, kilka bajkowych asyst. Należy podkreślić, że obie ekipy dość twardo broniły więc nie było odpuszczania tematu. Po kilku minutach gry przewagę osiągnął Zachód, który kontrolował mecz praktycznie do końca. W ekipie zachodu prym wiódł Kobe Bryant, późniejszy MVP meczu, który zdobył 37 punktów i dołożył 14 zbiórek. Swoje rzucił również Kevin Durant, zdobywca 34 punktów za którego to sprawą w końcówce meczu udało się odeprzeć pogoń graczy Wschodu. Każdy dunk w meczu był kwitowany przez wspomnianego wyżej komentatora sugestywnym "Ułła", "uuuuuu" tudzież innym dziwnym nieartykułowanym dźwiękiem. Te zachwyty Pana Wojciecha wywoływały salwy śmiechu pośród zgromadzonych. Wspomnieć muszę o małym rozczarowaniu "widowiskiem" bo nieskutecznych rzutów w przednią część obręczy było co nie miara. Wspomnieć trzeba również o grze LeBronisława Jamesa, który popełnił triple-double (29pkt, 12 zbiórek i 10 asyst), a doskonałym uzupełnieniem był Amare Stoudemire. Wade zwichnął kostkę, a Doc Rivers swych graczy z Celtics bardzo umiejętnie oszczędzał… Mecz zakończył się wysokim wynikiem 148-143 dla graczy z Zachodu. Była 5.30, wyczuwalne było zmęczenie materiału pośród zgromadzonych. Nawiązując do samej konfrontacji to momenty były, choć muszę przyznać, że spodziewaliśmy się nieco bardziej skutecznej gry. Dobrze, że co kilka minut przywracał nas do pionu Pan Wojtek Michałowicz, który mówiąc kolokwialnie był tego wieczoru nie do zatrzymania… Fani basketu doskonale wiedzą co mam na myśli!
I trzech lanserów z Miami...
poniedziałek, 14 lutego 2011
Nie godzi się by przegapić! Moja wyobraźnia już nie daje mi spokoju bo choć do meczu nieco ponad 6 dni, to gry All Star Games intrygują i co roku są nie lada gratką dla prawdziwych fanów basketu.
środa, 24 listopada 2010
Dziś nostalgicznie i wybitnie wspomnieniowo. Mecz gwiazd z roku 1998 był widowiskiem szczególnym. Ostatni raz wziął w nim udział Michael Jordan (przed swym kolejnym rozbratem z ligą). Po raz pierwszy w All Star Game wystąpił natomiast młokos o nazwisku Bryant. Legenda wielkiego wojownika nieuchronnie zmierzała ku końcowi. Na naszych oczach dokonywała się przysłowiowa zmiana wart. Nastawał czas ambitnego i głodnego sukcesów młodego wilka dla którego koszykówka była i... jest wielką, usłaną sukcesami przygodą. Był to niezwykle efektowny i ekspresyjny mecz. Tego wieczoru mogliśmy zobaczyć na parkiecie również inne legendy, których kariery dobiegły już kresu, a mam na myśli takie osobowości jak Glen Rice, Shawn Kemp, Karl Malone, David Robinson czy Anfernee Hardaway. Wschód w pełnej krasie.
Zachód w równie pełnej gotowości.
Wschód pokonał Zachód 135-114, a MVP został Michael Jordan. Czas sukcesów Kobe'a miał właśnie nadejść. NBA już nigdy nie będzie takie samo, ale może być przynajmniej równie emocjonujące!
|
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Autor bloga.
Blogi, które robią mi dobrze.
Czytając tego bloga musisz wiedzieć, że:
Konkret meila napisz do mnie może.
Poopcooolturowy kocioł.
Sportowy Świat
Tam bywam nader często.
Tagi
![]()
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||