Z kronikarskiego obowiązku odnotujmy pewien dość istotny fakt. Koszykarz wybitny, czyli Kobe Bryant w 4 (słownie w czterech) spotkaniach z rzędu, popełnił 40 i więcej punktów. Wyczyn to nie lada, bo jak wszyscy wiemy, współczesna koszykówka defensywą stoi. Oczywiście jest liderem w klasyfikacji strzelców z bajeczną średnią 30,8 punktu na mecz. Jak długo ego Bryanta będzie brało górę nad jego rozsądkiem? Czy jego kolana nadal będą poczynać sobie tak synchronicznie jak dotychczas? Może Kobe postanowił sam wygrać tę ligę i zrównać się w liczbie pierścieni z samym Jordanem? Choć nigdy nie byłem zwolennikiem drużyny z Jezioran, to jak każdy kibic lubię gdy łamane są kolejne granice ludzkich możliwości. Uważam jednak, że entuzjazm Bryanta nie potrwa w tej materii zbyt długo. Mimochodem dodam, że Kobe dumnie reprezentuje rocznik 1978...

Odkurzyłem starą księgę i wyczytałem, że w sezonie (regularnym oczywiście) 2005/2006 Kobe wywindował snajperską średnią na poziom 35,4 punktu na spotkanie. To było ewidentnie jego szczytowe osiągnięcie, którym z perspektywy czasu można się zachwycić.