Menu

Space Jam

W obliczu postępującej fascynacji basketem spod znaku NBA i piłką kopaną, zacząłem płodzić grafomańskie wersety! Czytelniku Drogi, nalej sobie odrobinę i pozwól mi zająć Twą wysublimowaną uwagę przez dosłownie chwilę. Życie wszakże składa się z ekscytujących momentów...

Wunderbar!

shuygiven

Czasy się zmieniają! Kobiety dłużej zachowują swą młodość, mężczyźni chodzą na tacierzyńskie, a polscy piłkarze (kiedyś sytuacja nie do pomyślenia) okupują 76 pozycję rankingu FIFA. Dożyliśmy czasów, że reprezentacja najlepiej gra, kiedy... nie gra! Ruch w ekosystemie jest dostrzegalny. Nie ma próźni. Świat pędzi. My pędzimy razem z nim. Dywagacjom natury filozoficznej mówię - BASTA! Odnotujmy coś znacznie ważniejszego z punktu widzenia Kibica nie rozpieszczanego przez życie! Mamy rok 2014! Nowe pokłady naiwności do zagospodarownia, kolejne spektakularne momenty wstydu... Boję się patrzeć w szklaną kulę!

 

 

Z rzeczy turbo przyjemnych. Robert Lewandowski podpisał kontrakt życia z najlepszym piłkarskim klubem na tej planecie. Robert ciągle jest Polakiem i jest to okoliczność nie do podważenia. Należą mu się szczere gratulacje. Chłop zapracował sobie na taki sukces. Nie ma co hejtować i ciskać jadem. Trzeba ściskać kciuki, by za pół roku dzielił i rządził w Bundeslidze, Europie, na świecie. Potencjał piłkarski znakomity, a i chłodne racjonalne podejście do tematu też jest. Bravo! Kiedyś z każdej lodówki wypadał Beckham, Cristiano Ronadlo, Messi, a teraz mamy Polaka. Dacie wiarę? Piłkarska saga się dopełniła. Wierzę, że taki coach jak Guardiola zrobi znakomity użytek z Roberta, a te 4 bramki, które strzelił Realowi powinny stać się zapowiedzią największych sukcesów dla wychowanka Varsovii Warszawa. Czapki z głów.

 

  

Może Lewandowski nie podzieli losów Ryana Giggsa w narodowym trykocie? Może jednak "Lewy" i Milik w ataku biało-czerwonych zaskoczą kibiców, ekspertów, bukmacherów, Renię, Piotra i Michała?! Będzie dobrze! Tego życzmy sobie i jemu.

Rozpakuj się Asik. Zostajesz!

shuygiven

 

Omer Asik słynie z tego, że ma 213 cm wzrostu i jest bardzo solidnym centrem jak na obecne możliwości NBA. Podobno się jeszcze rozwija i jest również niebezpiecznie brzydki, ale ciągle w tej dziedzinie znajduje się za Chrisem Kamanem. I nie ma bladego pojęcia, że niedawno w Turcji urodziła się owca z ludzką twarzą.

 

 

Kiedyś dobry podkoszowy, to był fundament drużyn walczących o zaszczyty, a dziś ciężar gry przeniósł się na obwód, a gracze uniwersalni są na świeczniku i nabijają liczniki odwiedzin na youtubie. A propos Asika, to chłop się trochę rozeźlił, bo po bardzo dobrym zeszłym sezonie w barwach Rockets nastał czas mrocznych minut na ławce rezerwowych, a pod obręczą dominuje Howard aka W LAKERS BYŁO DO DUPY aka KOBE TO SOBEK.

 

 

 

 

 

 

Od dłuższego czasu byliśmy świadkami czechosłowackiego pornosa z tureckim białasem pod szumnym tytułem "ANAL, ORAL & OMER". Śledziliśmy losy głównego bohatera z zapartym tchem w różnych konfiguracjach, z różnymi „kochankami”, w ciekawych czasem dość absurdalnych odsłonach. Oglądaliśmy wiedząc, że skończy się tak, ja kończą się tego typu historie. Chodziło jednak o to, czy finał spełnienia dokona się na "twarzy" Boston Celtics, a może na innej strategicznej część zielonego organizmu. Uff. Trzy dni temu potwierdziło się, że wytrysk był przedwczesny i przez najbliższe tygodnie, jest to dość sporych rozmiarów problem Rockets.

 

 

Jako Fan ekipy z TD Garden odetchnąłem z ulgą? Szczerze obawiałem się tej transakcji. Brandon Bass, Courtney Lee i pick w pierwszej rundzie draftu (!!!) za białego klocka, który nie potrafi rzucać z 3 metrów od obręczy i rzekomo w pomalowanym może "dominować"! To było dla mnie sporo za dużo. Dobrze, że Turek ma te 15 milionów w kontrakcie za przyszły sezon, bo ten argument znając realia, pewnie przeważył w negocjacjach. Problemy Rockets niech pozostaną problemami Rockets, bo Danny Ainge na szczęście przewartościował sobie okoliczności i zaniechał tematu.

 

 

W Celtics są Olynik i Faverani, którzy dobrze rokują na przyszłość i mimo wszystko będą większym pożytkiem dla organizacji niż kolejny Turek poszukujący jakiegoś dobrego kontraktu na lata. Od kiedy pojawiły się spekulacje transferowe, zachodziłem w głowę, jaki interes mają, mogą mieć  Celtics w przyagrnięciu Asika... Do tej pory nie wiem. Sprawa się na szczęście rypła! Właściciele kebabów w Bostonie muszą obejść się smakiem, a Omer Asik musi jednak przełknąć ślinę. Źle nie ma, a ambicje winien schować do kieszeni, bo jest jednak centrem tylko solidnym, by nie powiedzieć dosadniej. Treningi w Houston są od zapier***ania, a minuty, które dostanie od grania. Choć pewnie tych minut będzie jeszcze mniej za te fochy, które stroił. Kolejny drewniany Turek w NBA, który coś tam pograł i nagle zamarzył mu się status gwiazdy. Nie tym razem i jeszcze długo nie.

 

 

Jest jedna alternatywa dla Omera za kilka baniek. Pamiętacie "Gliniarza z Beverly Hills"? Eddie Murphy jest ciągle czarny i ktoś zabączył, że mają dokręcić jakąś kolejną część. W rolę sympatycznego, lekko niezdarnego gliniarza z Los Angeles wcielał się tam Judge Reinhold. Tak właśnie, bo ten niepokojąco charakterystyczny Reinhold, który już jednak się lekko zaokrąglił z racji zaawansowanego peselu w tej roli już raczej nie wystąpi. Poziomem brzydoty natomiast dorównuje mu jednak Asik i wizualnie nie różni się prawie zupełnie od Reinholda z lat 80. Wniosek? Turek w Hollywood. To brzmi równie egzotycznie jak czechosłowackie porno, ale od czego jest wyobraźnia. Wchodzę w to i czekam na efekty.

 

 

 

Dawno temu w trawie.

shuygiven

W listach do redakcji pytacie mnie na przykład - czy można zajść w ciążę podczas pierwszego razu, by innym razem pytać o przepis na rasowego, staropolskiego drożdżaka. Na tą chwilę mogę Wam odpowiedzieć, że na bite 100% nie można zajść w ciążę z drożdżakiem podczas pierwszego razu. Ciąg skojarzeń jest mi bliżej nieznany, ale chyba tłum (całe 2 osoby) prosił mnie za pośrednictwem szumnych już listów do redakcji, bym umieścił na łamach spejsowego dżemu pewien felieton, o dziewczynie, której los sprawił barwnego psikusa... Rzeczony chwilę wcześniej los wyprawił ją (Miss O-Ren Ishii) na kwietniowy mecz New York Knicks - Boston Celtics. Gdzie tu sprawiedliwość... A tak piałem z zachwytu o tym wydarzeniu 1 maja 2013 roku.

 

 

 

Jeśli lubisz oblizywać wiatraki od miksera, to ten tekst jest dla Ciebie!

 

 

Pacjent jest podłączony do aparatury podtrzymującej. Funkcje życiowe dostrzegalne. Czucie w kończynach i innych członkach jakby w normie. Zielona krew jeszcze krąży. Rokowania są, ale jakby powiedział Tomasz Hajto są to rokowania ciągle chujowe. Wirus Knicks drąży ciało konającego systematycznie, świdruje, wierci. Siostro, basen proszę – krzyknął ktoś z głębi szpitalnej sali.  Gra numer 5 dzisiejszej nocy…

 

 

Dziś uraczę Was emocjami z zupełnie innej perspektywy. Odejdźcie na chwilę od grilla. Odstawcie zupę chmielową. Wyjmijcie łapę z gaci. Tu chodzi o pasję w najczystszej postaci. Tu chodzi o umiejętność przeżywania chwili. Trzeba umieć wąchać życie. Istotne jest celebrowanie momentów wzniosłych. Błysk w oku. Życiodajna adrenalina zapierająca dech w piersiach jest wartością bardzo kluczową. Pod żadnym pozorem nie można poprzestać na konsumpcji przeżytych momentów w sosie własnym. Nie i jeszcze raz nie. Wypada bezwzględnie dzielić się tym, czego staliście się świadkami. Ludzie są przecież w tym całym rozgardiaszu życiem zwanym najistotniejszym pierwiastkiem. Magia się dziać musi.

 

 

Jako Piotr o wyobraźni wprost nieograniczonej żadnymi ramami, mam swoje fetysze. Stopy Umy Thurman, bardzo wykwintna kobiecość Lucy Liu, taneczny ruch barowy Salmy Hayek w „Od zmierzchu do świtu” i różne takie inne. W specyficzny rodzaj podniecenia mogłaby mnie pewnie wprawić również obecność na koszykarskich zawodach z ramienia NBA. Tak, jestem o tym przekonany, że zacząłbym wirować wokół własnej osi. Niestety w tym temacie jestem mocarnym prawiczkiem. Nie byłem, nie doświadczyłem, nie dałem się ponieść ekscytacji. Śmiało mogę wpleść taki scenariusz w jedno ze swoich drogocennych marzeń. Byłem w Wałbrzychu, w Zielonej Górze, kilka razy w Kołobrzegu, ale to chyba nie to samo. Trzeba jednak szukać substytutów.

 

Jest pewna osoba, która z premedytacją skradła mi moje marzenie, mój kamień filozoficzny.

 

 

 

Zrobiła to raczej nieświadomie, ale przecież to zupełnie mało istotne. Już odsłaniam kurtynę. To jest Kobieta i powiedzmy, że ma na imię Miss O-Ren Ishii! Z racji faktu, że wybrała sobie do życia jakiś tam monumentalny New York, to dostęp do tego, co nas jara ma wprost na wyciągnięcie ręki. Dzięki bardzo korzystnemu zbiegowi okoliczności nasza bohaterka weszła w posiadanie wejściówki na mecz Celtics-Knicks (game 2). Myślicie, że się zachwyciłem, że zazdrościłem? Ja z wrażenia spadłem z krzesła. Oko mi się zaszkliło, a twarz oblał rumieniec jakbym to, co najmniej ja miał być świadkiem tych wydarzeń. Dobra, dość pitolenia. Mecz zakończył się tak jak się zakończył, a Miss O-Ren Ishii tak opisuje ten czas.

 

 

Drugi dzień po meczu Knicks vs Celtics, a emocje wciąż nie odpuszczają! Jak żywe stają przed oczami pokaźne sylwetki zawodników i słyszę okrzyki fanów. O Panie! Co to był za mecz!!!

 

 

Madison Square Garden robi ogromne wrażenie. Monitory, oświetlenie, dekoracja – wszystko było kosztowne, ale sympatyczne. Zdziwiło mnie, ze Garnett wyglądał znacznie młodziej niż na ekranie telewizora. Szczerze mówiąc moje myśli błąkały się na granicy TO ON czy TO NIE ON ? Po tym początkowym zdziwieniu zniknęło napięcie mojego pierwszego razu z NBA i zaczęła się gra!

 

 

Celtowie wyglądali, jakby ktoś zgromadził w jednym  miejscu próbki nieograniczonych możliwości, jakie daje koszykówka. Metodycznie jak wiewiórka w listopadzie gromadzili punkty. Grali skutecznie w ataku i twardo w obronie. Nie wiadomo, kiedy determinacja i zgranie Zielonych zniknęły, jak elementy jakiegoś nędznego krajobrazu przemykającego za oknem.

 

 

Z uśpienia powrócił Anthony, który wcześniej wyglądał trochę jak Kubica na zakorkowanej ulicy. Boże! Robił z piłką takie wariactwa, ze chciało się na niego patrzeć nieustannie, wszystko inne mogło przestać istnieć! Ten facet wszędzie rzucał się w oczy jak wrona na śniegu. Innymi słowy, stanowił dla Celtics tajemnicę jak druga strona Księżyca! Po prostu powiem WOW!

 

 

Bardzo dobrze pamiętam ostatnie sekundy pierwszej kwarty, kiedy Smith właśnie w tej chwili doprowadzał Knicksów do koszykarskiej doskonałości. Jego fenomenalny rzut z dystansu wywołał wrzawę jak na koncercie Beyonce i pewnie niejeden orgazm. Jakoś tak mi się zdaje. Bosko!

 

 

Atmosfera wśród fanów Celtics zmieniła się diametralnie w trzeciej kwarcie. Była ciężka jak worek piasku i czarna jak noc. Kilka udanych akcji Pierce’a ratowało sytuację i dawało nadzieje na optymizm. Celtowie jakby chodzili, o niczym nie myśląc, po dobrze znanych schodach, a tu nagle jednego stopnia brakuje. Takie to robiło wrażenie. Skojarzyło mi się to ze zdjęciem wielkiej masakry. Samym zdjęciem, bez artykułu. W jakimś nieznanym kraju przy nieznanej drodze leżą bezładnie rozrzucone zwłoki. Ich gra była chaotyczna jak pospiesznie zrobione mrowisko. Pif-paf, pif-paf… Wielka masakra.

 

 

Czwarta kwarta to emocje przenoszące na inną płaszczyznę istnienia. Zacięta walka o punkty! Liczyła się każda chwila! Pierce doskonały – wykorzystał dwa wolne i dal prowadzenie Celtom. Melo i Jeff Green patrzyli sobie w oczy, tak jakby szukali gwiazd na bledniejącym przed świtem niebie. W ostatnich sekundach Bóg NBA- zakładając, ze jest ktoś taki w niebie nad NY- uśmiechnął się i puścił do Knicksów oko, mówiąc: Hej! Dobrze się bawicie? Dziś to Wy wygrywacie!

 

 

Piotr, to było jedno z najwspanialszych doświadczeń w moim życiu! Magia!”

 

 

Każde moje słowo, które teraz napiszę może zburzyć Wasz światopogląd… Nie chcę tego. Celebrujcie każdą chwilę. Zamilknę. Vivat Maj! Vivat Konstytucja! Vivat Wszystkie Stany!

 

Jest Kobe, jest impreza!

shuygiven

Uwaga! Wieść gminna niesie, że Kobe Bryant jest gotów. Jedna kuma drugiej kumie rzekła, że jego powrót ma się dokonać w niedzielę! Ma głód gry. Jest gorący. Forma podobno optymalna. Kwietniowa kontuzja, operacja, rehabilitacja były dla niego próbą charakteru. Odgrażał się, że to jeszcze nie czas, by kończyć. Nikt w sumie tego nie oczekiwał. NBA bez Kobasa to jak stosunek płciowy bez orgazmu. Nie wyobrażam sobie, by ten dzień nastał jakoś niebawem. Dla mnie Black Mamba to swoista klamra spinająca epokę jordanowską z koszykówką teraźniejszą. Jego fobia zwyciężania w każdych okolicznościach jest spektakularna. Panie, Panowie - Kobe Bryant ma jeszcze kilka rzeczy do zrobienia w tej lidze. Trzymamy kciuki! Niech dzieją się rzeczy wielkie i donośne...

 

 

 

Rasiak wróć!

shuygiven

Bądź mądry człowieku i pisz wiersze. Pora znów wylać żale swe. KIBICEM dumnym jestem, a ignorować umiem bardzo wiele rzeczy, ale tego futbolowego kurestwa nie potrafię zupełnie. Nie pamiętam, by było tak źle w tym kotle z piłkarskim bigosem. Aż chce się siarczyście kląć. Reprezentacja wali w przysłowiowego chuja i od 4 meczy nie potrafi strzelić gola czymkolwiek, gdziekolwiek, jakkolwiek. O wygrywaniu tudzież remisowaniu nawet nie wspomnę. Lata temu całe Kazik Staszewski śpiewał tak: "polscy piłkarze nie strzelili od kilkuset minut gola, to stan na kwiecień dwa tysiące i zakończona moja rola". Piłkarscy bogowie tam na górze mają z nas niezły polew i zanosi się na ciąg dalszy, bo w obronie będą grały wynalazki pokroju Marciniaka, Kosznika tudzież Pazdana. Co to ja chciałem?

 

 

 

Mało tego. Legia z miasta Warszawa poszła krok dalej i postanowiła zawstydzić REPREZENTACYJĘ. W 5 meczach LE nie zhańbili się zdobyciem gola o punktach nie wspomnę. Euro hiper wpierdol się urzeczywistnił. Taka refleksja mnie naszła. Brak boiskowej inteligencji, brak pomysłu na grę, brak umiejętności i efekty są wybitne. Ale już jutro rano gdy kac gwiazdeczkom Legii przejdzie, satysfakcja znów pojawi się na ich twarzach, bo oto w kolejnym ligowym meczu błysną na tle ligowych jeszcze większych nieudaczników, a do kieszeni znów wpadnie kolejna gruba pensyjka. No i ten bezcenny status lokalnej gwiazdy...

 

 

A wczoraj dzień był historyczny, że hej! W rankingu FIFA z najbardziej seksualnej pozycji 69, przesunęliśmy się w stronę zachodzącego słońca, czyli na zaszczytną lokatę numer 78. Fanfary. Szampany strzeliły. Panny lekkich obyczajów zrobiły na tę okazję happy hours. A przed nami takie bohatery jak Sierra Leone, Haiti i zawsze groźny Uzbekistan. Jesteśmy na kolanach, ale skrajni optymiści krzyczą, że to wciąż pierwsza 100. Skoro kibice śpiewają, że nic się nie stało, to piłkarze nie biorą do bani i takie mamy kwiatki... Dziękuję! Dobranoc!

W San Antonio gorąco!

shuygiven

Tim "Big Fundamental" Duncan na momencie pozbierał się po rozwodzie i nawet podobno już nie jest homotęczowy! Tim to ma jednak klawe życie. Na półce puchary i trofea rozmaite, na palcach mistrzowskie pierścionki, a pod kołdrą ONA! Na mieście mówią, że Vanessa ją zwą. Ludzką twarz mają jednak Ci cali San Antonio Spurs, a Eva Longoria ma następczynię prima sort. Jeśli brakuje Wam powodów, by zarwać kolejną nockę dla Ostróg, to dzięki wysublimowanemu poczuciu estetyki Duncana, macie bardzo mocny argument, by jednak nastawić budzik na 3.30!

 

Polska gra mecz!

shuygiven

 

 

Nie tym razem. Ja już się nabrać nie dam. Nie pozwolę zakłócić sobie wewnętrznego piłkarskiego spokoju, którego i tak wszakże nie posiadam. Bo jak można tolerować futbolową indolencję w wykonaniu tej najważniejszej drużyny nad Wisłą! Nie można, nie należy, nie wypada dawać na to kibicowskiego przyzwolenia. Jesteśmy dumną nacją piłkarską. To nie drwina. To zupełna prawda. Taka sytuacja. Owszem, zasiądę w doborowym towarzystwie jutro o 20 gdzieś w pubowej (jeszcze olsztyńskiej) scenerii, zaklnę siarczyście razy kilka, ale nie spodziewam się koncertu spektakularnego. Spodziewam się raczej symbolicznego wpierdolu od Ukraińców, który przeleje czarę goryczy i znów będziemy się spuszczać nad wyborem nowego "mądrego" selekcjonera, a i eliminacje do kolejnej imprezy mistrzowskiej wydawać się będą smaczkiem nie byle jakim. Ot taka karma.


 

Niedołęstwo, nieudolność, niezaradność, nieporadność, ślamazarność, bierność, niemrawość, zobojętnienie... Zaproponowane określniki ułóż w łańcuch przyczyno - skutkowy albo w girlandę bożonarodzeniową i masz gotowy obraz minionych eliminacji do boskiego  Brasil! Ja się już nabrać nie dam!

 


Taka sytuacja!

shuygiven

To jest blog z misją dziejową, z jajami, ze wszystkim i niczym. Dziś nie o sporcie choć się dzieje, dzieje się! Wrzucam filozoficzną satyrę Andrzeja Mleczki, bo tak mi jakoś z nią po drodze! Hej Legia goool, sialalalalala! Niebawem wracam. Stay tuned!

 

 

Taki suchar oto!

shuygiven

Lubię się pośmiać! Proste. Reprezentacyję w socerze mamy tylko jedną, a że zaraz znów gramy jakiś mecz o życie, to okoliczność jest wybitnie znakomita. Wtorkowy suchar to konieczność, a Kuba ma swoje atuty. Smacznego!

 

© Space Jam
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci