Menu

Space Jam

W obliczu postępującej fascynacji basketem spod znaku NBA i piłką kopaną, zacząłem płodzić grafomańskie wersety! Czytelniku Drogi, nalej sobie odrobinę i pozwól mi zająć Twą wysublimowaną uwagę przez dosłownie chwilę. Życie wszakże składa się z ekscytujących momentów...

Tajemnice mundialu!

shuygiven

Piłka nożna to szalenie ekscytująca okoliczność. Możesz mieć wszystkie statystyki w jednym palcu, ranking  FIFA wyrecytujesz o 3.30, wracając chwiejnym krokiem do domu, a i widziałeś kiedyś przypadkiem Pawła Zarzecznego (ten o futbolu wie więcej niż wszystkie Gmochy świata), który mocno wczorajszy czekał na tramwaj numer 9... Nic to. Choćby skały srały to futbol kpi z nas kibiców, kiedy chce i jak chce. Hiszpanie już dawno na wakacjach, Angole w ciemnym lesie, Włosi po frajersku w czarnej dupie, Portugalia nikt dokładnie nie wie gdzie. Czy ktoś z Was przewidział choć jedną z tych niespodzianek? Latynosi ogrywają Europejczyków bez większego problemu. Jeńców nie biorą. Jest kolorowo!

 

 

Podoba mi się ten szalony czas mistrzowskich spazmów. Nie wiesz Kibicu nic zupełnie. Rzekomo ciągle w grze Brazylia, Oranje, Kolumbia, Francja. Zaraz pewnie Niemce i Argentyna, ale bądź mądry człowieku pisz wiersze. Co w tej grupie robi wesoła ekipa z Kostaryki? Futbol jest zabawny. 

 

 

Mutombo o Jego Powietrznej Wysokości.

shuygiven

 

"Nigdy nie zapomnę tego meczu, kiedy Michael powiedział mi, że może trafić z linii rzutów wolnych z zamkniętymi oczami. Zachęcałem go, żeby to zrobił. Rzucił i trafił. Pomyślałem sobie - co ja powiem moim dzieciom?"

                                                                       

  

                                                                                                              

 Dikembe Mutombo o Nim.

 

 

 

Vamos a la playa. Po meczu...

shuygiven

Co się stało, że taki niesmak? Za dużo chilli? Taka karma. Od 2008 roku dzielili i rządzili, świat leżał u ich stóp. Dominowali przez 6 długich lat. Wczoraj nastąpił moment bolesnej abdykacji. Król jest nagi. Zmiana wart jest najwyraźniej koniecznością. Dwa mecze - 7 bramek straconych, 1 strzelona... Jeszcze aktualni Mistrzowie nad Mistrzami zagrają mecz z Australią o czapkę śliwek i adios pomidory. Przyznam się, że z wielu względów sympatyzuję z futbolem z Półwyspu Iberyjskiego, i w najczarniejszych snach nie byłbym w stanie przewidzieć, że "śmierć" nastąpi tak nagle... Hiszpanie wrócą jeszcze mocniejsi choć trzeba odsunąć tą perspektywę na czas jakiś. A teraz vamos a la playa!

 

 

 

 

Jeszcze jedna paląca kwestia. Widziałem w życiu wiele meczy, ale gdy patrzę na grę takich zespołów jak Chile, Meksyk, Australia tudzież Kostaryka jestem przerażony "kulturą gry" w wykonaniu Polaków. My jesteśmy dalej niż nam się wszystkim wydaje. My już chyba nie gramy w ten sam sport! 

John Starks o Jego Powietrznej Wysokości.

shuygiven

 

Michael Jordan?! To ten bejsbolista, taak?

 

John Starks - czołowy obrońca ligi w tamtych czasach

   

 

Następnego dnia Jordan obudził się wcześnie rano, zjadł śniadanie i tuż po pierwszej kawie westchnął głęboko i jakby coś sobie postanowił... Był 28 marca 1995 roku, a Mike nie mógł doczekać się pierwszego gwizdka sędziego. Wiedział już, że Starks musi ponieść konsekwencje swych słów.

 

 

Tego wieczoru z wielką premedytacją popełnił 55 punktów (21 z 37 rzutów z gry). Była to największa liczba punktów zdobyta przez zawodnika przeciwnej drużyny w hali Knicksów. Tym samym poprawił o 5 punktów swój własny rekord z listopada 1986 roku. Koniecznym podkreślenia jest fakt, że był to dopiero piąty mecz po jego prawie 17-miesięcznej "emeryturze". Konfrontacja była wyjątkowa również z innego względu. Jordan pokazał nowy sposób gry. Starszy i bardziej dojrzały zawodnik nie kończył już większości akcji szybkim wjazdem w bliską okolicę obręczy i efektownym dunkiem. Michael pokazał całą gamę nowych zagrań. Wtedy pojawiły się słynne Jordanowskie fade-away jumpers. Obrońcy  gospodarzy mieli trochę roboty, a sfrustrowana mina Johna Starksa była wystarczającym komentarzem do zastanej sytuacji... 

 

Po tym meczu trener Bulls Phil Jackson tak komentował wydarzenia na boisku: "To rzadki przypadek, że zawodnik spełnia przedmeczowe oczekiwania jakie na nim ciążą - szczególnie tu w Nowym Yorku. Widziałem jak wielu zawodników nie wytrzymywało presji i mimo, że byli to wielcy gracze nie byli w stanie jej sprostać. Ale nie Michael, on przez cały mecz kontrolował wydarzenia na boisku. Wydawało się, że gra toczy się całkowicie pod jego dyktando". Oczywiście Bulls wygrali to spotkanie 113-111, a decydujące punkty po znakomitym podaniu pod sam kosz Jordana zdobył Bill Wennington.

 

Goodbye Brooklyn!

shuygiven

Wuj Stefan z Wałbrzycha zwykł mawiać - Nie posmarujesz, nie pojedziesz! W naszym kraju mimo upływających lat „smarowanie” to dość popularna czynność, ale okazuje się, że na Brooklynie również. Mikhail Prokhorov chcąc zdobyć mistrzowskie pierścienie „posmarował” jak nikt w lidze. Spontaniczny projekt pod tytułem „zbieramy grajcarów i golimy frajerów” nie przyniósł oczekiwanych efektów. Pomysł był rezolutny, ale gdzieś zabrakło kilku składowych, by korki od szampana strzeliły w odpowiednim momencie.

 

 

 

 

 

Pytanie jest zasadniczo jedno. Co się stało, że się zesrało? Najwyższe kontrakty i gorące nazwiska owszem mogą być półśrodkiem do zrobienia dobrego wyniku nie tylko w koszykówce, ale chyba na szczęście hajs zawsze nie musi się zgadzać. Pamiętna wymiana z Celtics, magia Brooklynu, błyski fleszy, łatka najmodniejszego klubu w lidze, celebryci w pierwszych rzędach, skarbiec bez dna… Amerykanie jak nikt potrafią zryć berety kibicom. Ja swą uwagę skierowałem w stronę Nets z wielkiej sympatii do Pierce’a i Garnetta. Gdy dowiedziałem się o wymianie na linii Boston-New York, miałem rozdarte serce, bo nagle ikony mojego ukochanego klubu idą tuż za miedzę, by ponownie poczuć jak to jest być mistrzem NBA. Przetrawiłem to jakoś. Zdusiłem frustrację w sobie. W fazie zasadniczej zarywałem nocki najczęściej właśnie za sprawą Celtów i Nets.  Cóż… Z dużym niepokojem śledziłem to, co Jason Kidd wyprawiał na ławce trenerskiej. Zęby bolały. Grudzień skończyli z bilansem 10-21, wlekli się w ogonie ligi, Kidd przecierał łysinę z bezsilności i w bardzo złym momencie posypał im się prawdopodobnie najlepszy center ligi…

 

 

 

 

W szatni Nets musiały dziać się dantejskie sceny. Ktoś tam za sprawą dziwnych czynności musiał oczyścić tą stajnię Augiasza. Jestem przekonany, że nie miał z tym nic wspólnego Kidd... Tamtejszym kibicom nie było do śmiechu. Średnio rozumny znawca NBA zastanawiał się nad przyczyną tej padaki. W tamtym momencie udział w fazie playoffs był srodze zagrożony. Coś drgnęło. Gra zaczęła wyglądać coraz lepiej, przydarzyły się zwycięstwa nad Heat, które na pewno podniosły morale drużyny. Williams przez chwilę ruszał się jakby żwawiej. Dalej wiadomo jak się sprawy miały. Krew, pot i łzy z Raptors. Dreptanina i brak pomysłu na końcówki z Heat. Z perspektywy uważnego obserwatora NBA, zastanawia mnie teraz przyszłość tej organizacji, bo głowy polecą.

 

 

 

 

 

Pospekulujmy. Czy Nets w tym składzie mogą grać lepiej? Hipotetycznie mogą pod warunkiem, że Lopez znów będzie rządził pod tablicami, Williams zacznie kreować grę na miarę oczekiwań, Joe Johnson pozbędzie się łatki najbardziej przepłaconego zawodnika w lidze, a starszyzna drużyny w zdrowiu, ciągle będzie wartościowym wzmocnieniem drużyny… To jest wariant bardzo, bardzo optymistyczny. Druga strona medalu jest jednak trochę bardziej rdzawa. Projekt „CHAMPIONS” zakładał zdobycie tytułu w tym sezonie, ewentualnie z kosmetycznymi zmianami w przyszłym. Tak trochę na skróty, ale kto bogatemu zabroni. Teraz Nets mają coś na kształt kaca. Personalne wzmocnienie tego zespołu wydaje się niemożliwe. Nets na przyszły sezon mają już kontrakty na 85mln $, które przytuli raptem ośmiu zawodników. Już w tym momencie są ponad pułapem luxury tax na kolejny rok, ale przecież Williams się kiedyś musi obudzić. Skoro jesteśmy w temacie nazwisk, to przyznam się obiektywnie, że oglądając ich konfrontacje z Raptors i Heat najwięcej staropolskich „kurew” posłałem w kierunku Derona. Przecierałem oczy ze zdumienia jak w meczach o stawkę ten facet przechodzi obok gry. Miał być gwiazdą tej drużyny, jest drugim najlepiej opłacanym zawodnikiem Nets, raptem dwa lata temu podpisał maksymalny kontrakt, a z dawnej chwały pozostały trociny. O jego szklanych kostkach krążą już legendy na forach i przyznam się szczerze, że nie widzę w nim tego ognia, z którego kiedyś tak słynął. Bardzo wątpię, by powstał z martwych. Williams jest dla mnie jednym z bardziej zagadkowych koszykarzy ligi, a posezonowe średnie na poziomie 14,5 pkt. (skuteczność 39,5% z gry WTF) i 5,8 as. zawodnikowi takiego kalibru zupełnie nie przystoją. Podobno czeka go podczas nadchodzących wakacji kolejna operacja i obawiam się, że prawdziwego D- Willa będziemy mogli obejrzeć na youtubie. Sfrustrowany Deron to nie jest gracz, który pokaże kierunek w drodze do mistrzostwa. Transfer wisi w powietrzu, ale wskażcie mi klub, który zawierzy 30 letniemu zawodnikowi z niepewnymi kostkami, z trzema sezonami w kontrakcie.

 

 

 

 

 

Najskuteczniejszym strzelcem Nets w playoffs był Joe Johnson. Fajny chłopak, który potrafi zadecydować o wyniku drużyny w konfrontacji ze średniakiem ligi, shooter prima sort, ale… W ostatnim meczu z Heat dziurawił kosz rywali aż miło, ale szkopuł tkwi, że były to momenty. Jego obecność na parkiecie w innych meczach była zauważalna, ale brakuje mi tutaj systematyczności, odpowiedzialności za losy drużyny w kluczowych momentach sezonu. Ma w kontrakcie jeszcze dwa lata za 48 baniek i jeśli nie zacznie grać na miarę swych poborów, to włodarze klubu mogą mieć spore powody do niestrawności. Dużym zmartwieniem dla wszystkich kibiców jest również osoba Lopeza. Facet, gdy jest w dobrym zdrowiu potrafi być jednym z najlepszych centrów tej ligi, pożytecznym w obronie, efektywnym w ofensywie i nie głupim pomysłem byłoby budowanie drużyny wokół niego. W życiu nie ma jednak pełni szczęścia, a Brook Lopez w ciągu ostatnich trzech sezonów praktycznie dwa lata spędził w gabinetach lekarskich. Kontuzja stopy staje się powoli jego znakiem firmowym i każdego jego lądowanie na parkiecie przysparza kibicom siwych włosów. Handlować Lopezem można, ale czy Netsi wyjdą na tym korzystnie? Śmiem wątpić.

 

 

 

 

Teraz wątek ulubiony, bo „zielony”. Żal mi było Paul’a Pierce’a w game 5. Walił głową mur. Wierzył w końcowy sukces, ale Heat przydarzył się run 12-0 i Paul błagalnym wzrokiem zaklinał boiskowy zegar… Chciałbym, by na ostatni sezon wrócił do TD Garden, a jaka jest teraz jego przyszłość w czarnym jerseyu? Latem Pierce stanie się wolnym agentem i pewnie będzie szukał swojej szansy na drugi tytuł. Wróble ćwierkają, że może Doc Rivers wkomponuje go w szeregi Clippers. Ciężko tutaj cokolwiek wyrokować. Kevin Garnett natomiast nieuchronnie zmierza ku wiecznemu fishingowi. Na kolejny rok ma jeszcze umowę za 12 mln $ i pewnie je podniesie, ale jego wpływ na drużynę zdaje się być coraz mniejszy. Czas nie ma litości dla nikogo, ale liczę jeszcze na jeden jego sezon. Może nawet namówi Paul’a na ostatni taniec w barwach Nets…  Dygresja poboczna. Gdy chwilę temu Ray Allen rzucał swe trójki w rywalizacji z Nets, widziałem oczyma wyobraźni jak każda z nich wbija się „ostrzem” w serce Garnetta. Żal tej przyjaźni… Wolnymi agentami staną się również Shaun Livingston oraz Andray Blatche i po przyzwoitym sezonie pewnie znajdą angaż w ekipach z potencjałem.

 

 

 

 

 

Billy King musi teraz bardzo umiejętnie podejść do tematu. Pozostawienie tego składu w tej postaci nie zwiększy szans na końcowy sukces w przyszłym sezonie. Budowanie przyszłości organizacji na Williamsie i Lopezie jest szalenie ryzykowną kwestią. Swoje picki w kolejnych draftach sprezentowali Celtics i Hawks, a tutaj potrzeba świeżej krwi, młodości i ognia. Formy działania nagle stały się bardzo ograniczone. Czy stać Brooklyn Nets na przeczekanie kolejnego sezonu? Teraz konsekwencje tych działań mogą być dla nich dość uciążliwe… To miał być ich sezon. Nie był. Nic się jednak nie zmienia w tym temacie – Beat The Heat!

 

Shaq o Jego Królewskiej Powietrzności.

shuygiven

"Widziałem, jak jemu udaje się coś takiego, o czym ja mogę tylko marzyć. Widziałem jak wyskoczył z jednej strony pola trzech sekund, został popchnięty, wyprostował się w powietrzu, przekręcił i wrzucił piłkę do kosza z drugiej strony. Tego nie da się zrobić !!!"

 

                                                                        Shaquille  O'Neal o Nim.

 

 


Gortat when amazing happens!

shuygiven

 

Nazywajmy rzeczy po imieniu - koszykówka to sport niszowy w naszym posępnym Polandzie. Taka karma. Jest trochę zapaleńców z tamtych czasów, którym bakcyla zaszczepił Sami Wiecie Kto. Należę do wyznawców Jego kościoła i zarywam nocki jak za dawnych lat. Tak, jestem zainfekowany. I love this game. Estetyka się zmieniła. Lat przybyło. Kiedyś jaraliśmy się wszystkim, co amerykańskie. Teraz jaramy się wędzoną kiełbasą bez konserwantów od wuja Stefana z mazurskiej głuszy. Wszystko jest teraz na wyciągnięcie ręki, ale ciągle jesteśmy krajem piłkarskim z wybujałym ego. A ta cała koszykówka, to przecież taki mało spolszczony sport. Na orlikach raczej pustki. Pod obręczami tłoku brak. Jest trochę młodocianych ujaranych LeBuffonem, ale ciągle w tłumie mało dostrzegalni. Do czego piję? Marcin Gooooooortat!

 

 

Wczorajszy poranek należał do bardzo ekscytujących. Bez zbędnego pitolenia przyznam się, że nie oglądałem. Postawiłem krzyżyk na Washington Wizards i choć do Marcina żywię wiele sympatii to spodziewałem się raczej pewnego zwycięstwa Pacers. Zaniechałem. Spałem nie przeczuwając niczego. Każda ryba w stawie jednak wie, że to NBA i bywa tu bardzo amazing. Obudził mnie sms około 6 rano o takiej treści: „Wstawaj kurwa. Biali potrafią skakać. Gortat pozamiatał”. Jak pomyślałem tak zrobiłem. Odpalam nba.com, a tam lico gortatowe i tytuł – Gortat pozostawił przy życiu Wizards! WTF? – myślę. Zaglądam głębiej. Wczytuję się w tekst. Oczom nie dowierzam. Linijka statystyczna jak marzenie – 31 punktów (trafił 13 z 15 rzutów) i 16 zbiórek. Mecz obejrzałem z odtworzenia. Marcin z miasta Łodzi zdominował Pacers w ich własnej hali! W pewnym momencie drugiej połowy Gortadzilla miał więcej zbiórek niż cała drużyna rywali. Epic!

 

 

Po meczu w amerykańskim styl oznajmił:

“At some point in the middle of the game, it was fun to be in the game. Everything works, you feel immortal”.

 

 


 

Gortat wygrał w dniu wczorajszym wszystkie Internety, a zachwytom nie było końca. Jego nazwisko jest odmieniane przez wszystkie przypadki. Oddajmy facetowi szacunek! Taki wynik w meczu takiej stawki? Bravo. Wielka sprawa. Czarodzieje są ciągle w grze i choć przewagę parkietu ma Indiana to w game 6 będzie się skrzyło. Budzikom śmierć. O drugiej w nocy dziś grają... Dygresja poboczna. Niech wiedzą Tomasz Adamek, Otylia Jędrzejczak i Marcin Żurawski, że w wyborach do europarlamentu mojego głosu nie wyżebrają. Niech wie jednak Marcin Gortat, że jeśli kiedykolwiek zamarzy mu się bitwa o prezydenturę w Polandzie to mój głos leci, jako jeden z pierwszych. Czapki z głów! Dziś wszyscy jesteśmy Czarodziejami...

Polski kibic w naiwność uzbrojony.

shuygiven

Masz w portfelu 80 polskich złotych i myślisz, że jesteś panem sytuacji, że możesz wszystko. Oznajmiam Ci, że jesteś w czarnej dupie lub w Radomiu. Ale powoli. Muszę zbudować napięcie. Sposobów na wydanie tych 8 dyszek jest więcej niż włosów na głowie Radka Majdana po przeszczepie. Można kupić ortalionowy dres w lumpexie i iść z szalikiem Lecha na Łazienkowską, by dostać wpierdol za przysłowiową darmochę. Można również kupić kilkadziesiąt bochenków chleba i pocisnąć pokarmić gołębie w okolicznym parku, szukając pośród nich prawdziwego kumpla. By nie być monotematycznym wypada, a nawet trzeba kupić dobrą wódkę, jakieś śledzie w oleju i wprosić się do byłej dziewczyny na romantyczne pitu pitu. Za 80 zeta możesz być również kimś w hipsterskim lokalu, pod warunkiem, że masz akurat na sobie sweter po ojcu. Dla odmiany w województwie podlaskim na dyskotece „Fantazja”, możesz nawet wyrwać matkę dla swoich przyszłych dzieci stawiając jej przy barze Harnasia z kija, a potem drugiego i trzeciego… Pewien dyskont spożywczy oferuje różowy papier toaletowy o dźwięcznej nazwie „Melodia”, a za 80 złotych jak się rezolutnie domyślacie, można zrobić zapasy na parę miesięcy. Takich życiowych akapitów mógłbym sprokurować jeszcze kilka, ale do meritum...

 

 

 

 

 

 

I tu zaczyna się staropolski ból istnienia. Rzeczoną wyżej kwotę można również zamienić na bilet w dobrym sektorze na mecz Polaków ze Szkotami. Jak pomyślałem tak zrobiłem, choć równie dobrze mógłbym przelać te parę złotych na konto Greenpeace, na rzecz walki o siedliska bałtyckiego dorsza. Patrzę teraz w monitor komputera i zastanawiam się od czego chciałbym zacząć wylewanie żalów, a trochę tego jest. Mecz się odbył. Publika dopisała. Swoje pieniądze na rozrywkowe spędzenie tego wieczoru przeznaczyło ponad 40 tysięcy ludzi. Wniosek banalny – mimo dramatycznych okoliczności jest zapotrzebowanie na futbol reprezentacyjny. Przed meczem jakże przyjemna atmosfera wyczekiwania na ekscytujące momenty. Barwny, głośny tłum zmierzał na Narodowy. Kibice z dumnego Scotlandu również ładnie się w to wszystko wpisywali, a ich kilty nonszalancko targane były przez marcowy wiaterek. Wspólne fotki, przybijane piątki i Polska Biało-Czerwoni. Myślę sobie – gramy u siebie, gramy z zespołem, który od wielu lat nie grał na poważnej piłkarskiej, pierwszy mecz Adama Nawałki na Narodowym, personalnie choć bez Kuby i Lewandowskiego, to jednak na tle anonimowych Szkotów ciągle nieźle… Bądź mądry człowieku, pisz wiersze.

 

 

 

Polscy piłkarze mają dziwną umiejętność obdzierania swych kibiców z resztek nadziei na jakikolwiek pomyślny rozwój wypadków. Ilekroć myślę, że coś, gdzieś, jakoś - to po kwadransie gry wiem, że prędzej pałą przez łeb. Nie istotne, że kolejny mecz o życie w eliminacjach, mecz o wyjście z grupy na osławionym euro (jeszcze się z tym chyba nie pogodziłem) czy mecz towarzyski. Wszystko ostatnimi czasy w piach. Czarne chmury zgromadziły się nad reprezentacją i w żaden sposób nie chcą odpłynąć w żadnym kierunku. Nawet Romek Kołtoń niepokojąco drapie się w głowę, bo nie wie, jaki obrać front myślowy. Poziom piłkarskiego zaawansowania Wysp Owczych i Papui-Nowei Gwinei do niedawna był obiektem kpin i żartów, a na chwilę obecną niepokojąco podążamy w ich kierunku. Może i nadużycie, ale my ciągle stoimy w miejscu, mało tego – my wykonujemy systematyczne kroki w tył. Czy Adam Nawałka nadał jakiś autorski rys tej drużynie? Kilka nowych twarzy już się zdążyło przewinąć przez zgrupowania i dopisać w swym CV szumny reprezentacyjny epizod. Bramek nie strzelamy, bramki tracimy. Gramy na „podaj do najbliższego”, niech on weźmie na siebie odpowiedzialność. Takie hasła jak determinacja czy ambicja nie kojarzą się naszym piłkarzom zupełnie z niczym. Na tle Szkotów wyglądaliśmy tak jak wygląda szklanka mleka na tle białej ściany… Różnica jest taka, że oni przeprowadzili jedną akcję i strzelili gola, a my miotaliśmy się we własnej nieporadności. Tragiczna jest to sytuacja, by kraj o takiej gęstości zaludnienia jak Polska był pośmiewiskiem piłkarskiej Europy. Tu trzeba dzwonić po Leo, bo Nawałka jest gotów położyć nam najbliższe eliminacje w kompromitującym stylu… Los bywa przekorny. I pomyśleć, że psioczyliśmy na Smudę jak ten zremisował z Grekami, Rosjanami i minimalnie przegrał z Czechami. W zaistniałej sytuacji mam tylko czarne myśli.

Antonio McDyess - We Will Remember

shuygiven

 

Magic Johnson miał w bogatym repertuarze swych zagrywek rzut, który utorował mu drogę po mistrzowskie pierścienie. Jego legendarny „sky-hook” to był swoisty as z rękawa, dziedzictwo po wielkim Kareemie Abdul – Jabbarze.  Rzut hakiem oddawany wysokim zamachem znad głowy, którego punkt rzucenia piłki był nieosiągalny dla najbardziej skocznych obrońców.

 

 

 

W 1996 roku Magic wrócił do Lakers na 32 mecze, nie znając swoich przeciwników tak dobrze jak przed wycofaniem się z aktywnej kariery w 1991 roku. Słyszał sporo o dzieciaku z Denver, który miał windę w nogach, ale bądźmy poważni, to był przecież wielki Magic! Tamto zdarzenie tak jednak wspominał: „Zderzyliśmy się i on upadł. A więc droga wolna. I zanim skoczyłem w górę i rzuciłem, on zerwał się na nogi, skoczył dwa razy wyżej i zablokował. Mój hak zablokowany został w sumie dwa lub trzy razy w całej mojej karierze. A teraz musiałem wciągnąć jego na listę tych, którzy to zrobili. Jest to rzut w zasadzie prawie niemożliwy do zablokowania, więc dotychczas była to lista bardzo krótka: Hakeem Olajuwon i David Robinson. A teraz on. Nieźle. Jest w dobrym towarzystwie”.

 

 

 

 

 

Wiecie o kim mowa? Draft roku 1995 obfitował w wielkich, pyskatych wojowników, a bohater tej historii mimo solidnych gabarytów był ciągle gdzieś wycofany, jakby nie wierzył we własne możliwości. Ot miły facet, który nagle dostał bilet od losu z napisem NBA. Błagam, nie chodzi mi o „słynnego” Grega Ostertaga, który również pojawił się w tamtym czasie w lidze. Było tak. Kevin Garnett fascynował fanów nowatorstwem, z jakim łączył młodzieńczą energię, wspaniałe warunki fizyczne i dojrzałe umiejętności. To brzmi wprost nieprawdopodobnie, ale Kevin ciągle jest w lidze… Joe Smith, Jerry Stackhouse, Rasheed Wallace i Damon Stoudamire grali w znanych zespołach akademickich i od dawna przyciągali uwagę ekspertów. Kontraktując wymienionych graczy, szefowie klubów znali ich grę i wiedzieli, czego się spodziewać. Inaczej sytuacja wyglądała z Antonio McDyessem…

 

 

 

McDyess został wybrany z numerem 2 wspomnianego draftu przez Clippers, gdzie jednak nigdy nie zagrał i trafił do Nuggets w wymianie za efektownie grającego Rodney’a Rogersa i Brenta Barr’ego. W swoim premierowym sezonie notował 13,4 pkt i 7,5 zbiórki, czyli bardzo perspektywiczna okoliczność. Jednak od samego początku gracz Nuggets nie potrafił skutecznie promować samego siebie. Przez dwa lata był nieznanym zawodnikiem w drużynie niezbyt liczącego się college’u. Gdy nagle znalazł się w Denver, jego drużyna zanotowała fatalny wynik 35-47 w meczach i to również wpłynęło na niego dość niekorzystnie. Uważał, że w dużym stopniu wina leży również po jego stronie, a przecież Denver rok temu grało w playoffs. Wielu kibiców nie mogło zrozumieć, dlaczego Bernie Bickerstaff tak się uparł, by mieć tego debiutanta w drużynie. Atmosfera gęstniała. Mimo, że klimat górski to było bardzo doliniarsko.

 

 

 

 

 

 

Sam Bickerstaff wierzył jednak, że przyszłością organizacji jest McDyess, a jego 206 cm wzrostu i 100 kg wagi pozwoli mu rozwinąć skrzydła i spełnić oczekiwania całego Denver. „Antonio nie miał tak znanego nazwiska jak inni z jego pokolenia. College Alabama ma niezły program, ale to jednak nie to, co North Carolina, czy Maryland z których oni pochodzą” – mówił wtedy Bickerstaff. Był to duży, ciężki diament, który w wieku 22 lat był jeszcze bardzo mało oszlifowany. A wszystko, dlatego, że wszystko w życiu toczyło się w sposób niezaplanowany, jakby przypadkiem.

 

 

 

Jako chłopiec, McDyess nigdy nie marzył o tym, by zostać koszykarzem NBA. Pierwszy raz wziął piłkę do rąk w piątej klasie i było to podwórkowe rzucanie do kosza, bez żadnych reguł. W prawdziwy basket zaczął grać w szkole średniej. U McDyessów tradycyjnym sportem rodzinnym był futbol amerykański. Jego starsi bracia wybrali tą dyscyplinę, więc i dla Antonio wybór był już dokonany. No i zwykle w takich historiach musi wydarzyć się jakiś przypadek. Pomiędzy siódmą, a ósmą klasą nasz bohater urósł dość znacznie. W dwa lata przybyło mu 23 cm. Gdy był w dziewiątej klasie miał już198 cm, a Sammy Smith, trener koszykówki w jego szkole Quitman High, zachęcał go do wstąpienia do prowadzonej przez siebie drużyny. Ten, choć niechętnie, to zmienił profesję. Opowiadał później: „Ale ponieważ nigdy przedtem w to nie grałem, nie zdawałem sobie sprawy z tego, że to takie świetne. Trener przekonywał mnie, że mam talent, choć w stanie surowym. Wszystko przychodziło mi bardzo naturalnie, bo nigdy wcześniej nie ćwiczyłem”. I w drugim sezonie gry w szkolnej drużynie Antonio zaliczał już średnio 29 punktów na mecz.

 


 

W jego grze była ciekawa sprzeczność – mieszanina nieśmiałości i agresji. Sam przyznawał później w wywiadach, że był nieco przestraszony, gdy zaczął trenować nowy sport, jeszcze mniej pewnie czuł się, opuszczając dom rodzinny, by studiować i grać na uczelni w Alabama, a już zupełną trwogą przejmowało go nagłe wejście w świat NBA, w wieku 21 lat. Nie miał tej zuchwałej pewności siebie, która ułatwia debiutantom pierwsze kroki. Nie wiedział, w jakim stylu chce grać i jak chce grać. Gdy pod koniec pierwszego sezonu zapytano go, kto jest jego zdaniem Debiutantem Roku, bez wahania oddał swój głos na Damona Stoudamire’a, który rzeczywiście ostatecznie wygrał w głosowaniu.

 

 

 

 

 

 

Koszykarzem był jednak bardzo utalentowanym, z tego też powodu został on wybrany do NBA z numerem 2, w bardzo mocno obsadzonym drafcie 1995 roku, przed takimi zawodnikami jak: Stackhouse, Garnett, Wallace i Stoudamire. „Ze względu na swój wzrost, wagę i ruchliwość, Antonio pasuje na pozycję power forward. Umie absorbować przeciwników, którzy przeszkadzają nam w kryciu. Ma też z pewnością dość siły i tak dobry skok, by nadawać się do twardej walki pod koszem. Jest graczem uniwersalnym” – tak komplementował go wtedy pamiętny Dale Ellis.

 

 

 

 

Jako wielki fan koszykówki z lat 90, bardzo lubiłem oglądać tego gracza. Miał w sobie nieprawdopodobną dynamikę. Osobą, do której porównałbym jego grę jest chyba Shawn Kemp. Obaj wcześnie zaczynali w lidze i zawsze łączyli siłę i szybkość w swych poczynaniach na parkiecie. Może gwiazdor Supersonics był bardziej finezyjny, ale obaj potrafili dominować i siać postrach w pomalowanym. Przypatrując się wtedy jego grze, ze zdumieniem wpatrywałem się w jego nogi. Powód? Niesamowita skoczność. McDyess skakał tak jakby w każdym miejscu boiska miał ukrytą skocznię. Dopiero po latach udało mi się dotrzeć do informacji o jego wyskoku. Imponujące parametry, bo wyskok dwunożny to 106 cm, z jednej nogi natomiast potrafił wybić się na ponad 119 cm. Kupił mnie swoją grą na lata! W retro czasach nie było chyba top 10 bez jakiejś turbo paki Antonia!

 

 

 

Co było dalej?  McDyess w drugim sezonie w Nuggets był już liderem drużyny, ale z racji 21 wygranych w sezonie doszło w Denver do przemeblowania. „Dice” powędrował do Phoenix Suns. Tam mimo utalentowanej ekipy z Jasonem Kiddem i Kevinem Johnsonem skończyło się na pierwszej rundzie w playoffs, a po sezonie, jako wolny agent McDyess wrócił do Denver pomóc drużynie w odbudowie. Zagrał tutaj trzy znakomite sezony ze średnią ponad 20 punktów na mecz i 11 zbiórek, nie zapominając o bardzo solidnym wskaźniku w blokach. Podczas czwartego sezonu w Kolorado nabawił się paskudnej kontuzji kolana (więzadło przednie-krzyżowe), która zahamowała jego karierę. Później jak to zwykle bywa już nie było tak optymistycznie. Jego potężny wyskok został już tylko wspomnieniem! W 2003 roku znalazł się w Knicks, a w meczu pokazowym ponownie zerwał więzadło kolanowe. W Nowym Jorku rozegrał 18 spotkań i został oddany do Phoenix Suns. W Arizonie doszedł do pełnej sprawności, a Detroit Pistons zakontraktowali go na sezon 2004/2005. Z Tłokami znalazł się nawet w finałach, niestety Spurs okazali się przeszkodą nie do pokonania. W Detroit grał do 2009 roku, by w kolejnym sezonie reprezentować barwy San Antonio Spurs gdzie zakończył karierę.

 

 

 

 

 

 

Podzielił los wielkich koszykarzy NBA, którym niedane było zdobycie tytułu mistrzowskiego. Jego największym sukcesem jest złoto na Olimpiadzie w Sydney, gdzie Amerykanie po pamiętnym finale pokonali Francuzów 85-75. Antonio McDyess rozegrał 1015 spotkań w sezonie zasadniczym i 100 w fazie playoffs. Jego rekord w ilości zdobytych punktów w meczu wynosi46, aśrednie z którymi kończył przygodę z NBA to 12 pkt i 7,5 zbiórki na mecz. Na boisku nigdy nie był wrogiem całego świata! Dobry chłop po prostu.

Ekstraklasa rusza! Taka nasza, polska...

shuygiven

 

 

 

 

Wiadomo jak jest. Bywa nudno jak w czeskim kinie akcji. Momenty przestoju są na porządku dziennym, czasem trwają i trwają. Doświadczamy chwil bezradności i zwątpienia. Zarzekamy się, że już kurwa nigdy! Przecież na trzeźwo się nie da. Wyśmiewamy ją na potęgę. Godnie znosimy docinki znajomych, że można tracić czas, ale w ten sposób? Jest tyle lepszych pretekstów, by nie myć naczyń. Narażamy życie i spokój ogniska domowego. Relacje z najbliższymi wystawiamy na próbę. Pławimy się w swej naiwności, że tym razem to jednak będzie… mecz! Ekstraklasa nam dziś rusza Panie i Panowie! Zapominamy o tym, co było. Nie żywimy już urazy. Pamięć mamy dobrą, ale krótką. Teraz to już na pewno będzie piękna i emocjonująca runda wiosenna.  Stadion, mecz, kumple, piwo…

 

 

 

Mistrzem Polski będzie oczywiście pewien klub, który mamy w sercach! A kto spadnie tam gdzie kości trzeszczą, a kiełbasa w przerwie meczu smakuje bardzo specyficznie? Pytań jest znacznie więcej. Niemniej będzie interesująco i zaskakująco, bardziej niż dotychczas. System rozgrywek nam się zmienił i po 30 kolejce dzielimy tabelę na dwie grupy. Zdobyte punkty również dzielimy na dwa i w dodatkowych siedmiu kolejkach zapadną decydujące rozstrzygnięcia. Nudno już nie będzie. Podobno nie będzie również kombinowania, a każdy mecz będzie o stawkę. Obawy moje tyczą się formy piłkarzy, bo dawka meczów będzie siermiężna, a każdy osesek w tym kraju wie, że polski piłkarz najlepiej się czuję wtedy, gdy gra jeden mecz w tygodniu. To „optymalne obciążenie”, a i zostanie jeszcze trochę czasu na jakiś spontaniczny lans po galerii handlowej. Finisz ligowej rzeczywistości będzie „spektaklem”!

 

 

 

Wyścig zbrojeń trwa w najlepsze. Najbardziej zawadiacko poczyna sobie Lechia Gdańsk. Niemiecko – szwajcarsko - portugalska grupa kapitałowa, która w grudniu nabyła akcje klubu nie szczędzi waluty na wzmocnienia. Jak na nasze przaśne warunki może to robić wrażenie. Probierz będzie miał do dyspozycji ciekawy skład i presję dużego kalibru, bo nowi właściciele wymyślili sobie puchary. Mowa trawa – myślę sobie. W Krakowie Smuda klei drużynę z właściwym sobie wdziękiem, a Dudka i Stilić mają być tym, czego brakowało Wiśle jesienią. Do Murawskiego i Ślusarskiego powinniśmy wysłać jakieś rezolutne walentynki dziękczynne za Polaków nocne rozmowy i ból głowy, który zafundowali tamtejszym kibicom. W Górniku trener Wieczorek wieszczy sporo radości. Robert Jeż ma sprostać oczekiwaniom, a Nakoulma tak ukochał sobie Zabrze, że ma gdzieś transfer (chwilowo) i chcieć grać! Jednym słowem będzie się działo. Taki kraj.

 

 

 

Co robię dziś wieczorem? Pozdrawiam szumne walentynki środkowym palcem i idę na Łazienkowską 3. Bo tak trzeba. Bo Legia gra dziś mecz. Bo łaknę emocji jak kania dżdżu, bo chcę, bo lubię.  Bo ciekawość mną targa. Bo Korona nigdy nie wygrała w Warszawie i dziś również się to nie przytrafi. I pamiętajcie  – GDY JEST MECZ WSZYSTKO IDZIE PRECZ!

 

© Space Jam
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci