Menu

Space Jam

W obliczu postępującej fascynacji basketem spod znaku NBA i piłką kopaną, zacząłem płodzić grafomańskie wersety! Czytelniku Drogi, nalej sobie odrobinę i pozwól mi zająć Twą wysublimowaną uwagę przez dosłownie chwilę. Życie wszakże składa się z ekscytujących momentów...

Hulali po polu i pili kakao.

shuygiven

 

Serwus Boys and Girls!
 
Stało się, bo przecież stać się musiało. Magia przedwiośnia udzieliła mi się w stopniu wymownym. Zupy się opiłem. Śledziem zagryzłem. Preparatem baśniowym to umiejętnie pokolorowałem, by tradycji wielkopostnej dać używanie. Czas nas nie oszczędza. Jestem z natury bytem dość nostalgicznym i lubię piękne momenty, a takie zwykłem przywoływać na niniejszym dżemie spejsowym. Już czas na piknik. Pokonałem demony.  Taki zespół z Niecieczy w dniu wczorajszym również... 
 
Dziękuję kilku osobom, które konsekwentnie wyrażały swą opinię odnośnie letargu tegoż to oto bloga.  Nie obiecuję wiecznego postanowienia poprawy, ale obiecuję życiodajny przepływ myśli. Szlifujcie formę. Szykuję trójki "in your face"! 

 

 

 

 


 

Ekscytujemy się!

shuygiven

Jedna z najważniejszych akcji wczorajszego meczu!

Kolumbia płacze, bo odpadła z mistrzostw. Smutek nieznośny.

Brazylia lamentuje, bo Neymar kontuzjowany. A Lionel Messi ciągle w grze.

 


Tajemnice mundialu!

shuygiven

Piłka nożna to szalenie ekscytująca okoliczność. Możesz mieć wszystkie statystyki w jednym palcu, ranking  FIFA wyrecytujesz o 3.30, wracając chwiejnym krokiem do domu, a i widziałeś kiedyś przypadkiem Pawła Zarzecznego (ten o futbolu wie więcej niż wszystkie Gmochy świata), który mocno wczorajszy czekał na tramwaj numer 9... Nic to. Choćby skały srały to futbol kpi z nas kibiców, kiedy chce i jak chce. Hiszpanie już dawno na wakacjach, Angole w ciemnym lesie, Włosi po frajersku w czarnej dupie, Portugalia nikt dokładnie nie wie gdzie. Czy ktoś z Was przewidział choć jedną z tych niespodzianek? Latynosi ogrywają Europejczyków bez większego problemu. Jeńców nie biorą. Jest kolorowo!

 

 

Podoba mi się ten szalony czas mistrzowskich spazmów. Nie wiesz Kibicu nic zupełnie. Rzekomo ciągle w grze Brazylia, Oranje, Kolumbia, Francja. Zaraz pewnie Niemce i Argentyna, ale bądź mądry człowieku pisz wiersze. Co w tej grupie robi wesoła ekipa z Kostaryki? Futbol jest zabawny. 

 

 

Mutombo o Jego Powietrznej Wysokości.

shuygiven

 

"Nigdy nie zapomnę tego meczu, kiedy Michael powiedział mi, że może trafić z linii rzutów wolnych z zamkniętymi oczami. Zachęcałem go, żeby to zrobił. Rzucił i trafił. Pomyślałem sobie - co ja powiem moim dzieciom?"

                                                                       

                                                             Dikembe Mutombo o Nim.

 

 


Vamos a la playa. Po meczu...

shuygiven

Co się stało, że taki niesmak? Za dużo chilli? Taka karma. Od 2008 roku dzielili i rządzili, świat leżał u ich stóp. Dominowali przez 6 długich lat. Wczoraj nastąpił moment bolesnej abdykacji. Król jest nagi. Zmiana wart jest najwyraźniej koniecznością. Dwa mecze - 7 bramek straconych, 1 strzelona... Jeszcze aktualni Mistrzowie nad Mistrzami zagrają mecz z Australią o czapkę śliwek i adios pomidory. Przyznam się, że z wielu względów sympatyzuję z futbolem z Półwyspu Iberyjskiego, i w najczarniejszych snach nie byłbym w stanie przewidzieć, że "śmierć" nastąpi tak nagle... Hiszpanie wrócą jeszcze mocniejsi. Jestem o tym przekonany! A teraz vamos a la playa.

 

 

 

 

 

Jeszcze jedna paląca kwestia. Widziałem w życiu wiele meczy, ale gdy patrzę na grę takich zespołów jak Chile, Meksyk, Australia tudzież Kostaryka jestem przerażony "kulturą gry" w wykonaniu Polaków. My jesteśmy dalej niż nam się wszystkim wydaje. My już chyba nie gramy w ten sam sport! 

John Starks o Jego Powietrznej Wysokości.

shuygiven

 

Michael Jordan?! To ten bejsbolista, taak?

 

John Starks - czołowy obrońca ligi w tamtych czasach

   

 

Następnego dnia Jordan obudził się wcześnie rano, zjadł śniadanie i tuż po pierwszej kawie westchnął głęboko i jakby coś sobie postanowił... Był 28 marca 1995 roku, a Mike nie mógł doczekać się pierwszego gwizdka sędziego. Wiedział już, że Starks musi ponieść konsekwencje swych słów.

 

 

Tego wieczoru z wielką premedytacją popełnił 55 punktów (21 z 37 rzutów z gry). Była to największa liczba punktów zdobyta przez zawodnika przeciwnej drużyny w hali Knicksów. Tym samym poprawił o 5 punktów swój własny rekord z listopada 1986 roku. Koniecznym podkreślenia jest fakt, że był to dopiero piąty mecz po jego prawie 17-miesięcznej "emeryturze". Konfrontacja była wyjątkowa również z innego względu. Jordan pokazał nowy sposób gry. Starszy i bardziej dojrzały zawodnik nie kończył już większości akcji szybkim wjazdem w bliską okolicę obręczy i efektownym dunkiem. Michael pokazał całą gamę nowych zagrań. Wtedy pojawiły się słynne Jordanowskie fade-away jumpers. Obrońcy  gospodarzy mieli trochę roboty, a sfrustrowana mina Johna Starksa była wystarczającym komentarzem do zastanej sytuacji... 

 

Po tym meczu trener Bulls Phil Jackson tak komentował wydarzenia na boisku: "To rzadki przypadek, że zawodnik spełnia przedmeczowe oczekiwania jakie na nim ciążą - szczególnie tu w Nowym Yorku. Widziałem jak wielu zawodników nie wytrzymywało presji i mimo, że byli to wielcy gracze nie byli w stanie jej sprostać. Ale nie Michael, on przez cały mecz kontrolował wydarzenia na boisku. Wydawało się, że gra toczy się całkowicie pod jego dyktando". Oczywiście Bulls wygrali to spotkanie 113-111, a decydujące punkty po znakomitym podaniu pod sam kosz Jordana zdobył Bill Wennington.

 

Goodbye Brooklyn!

shuygiven

Wuj Stefan z Wałbrzycha zwykł mawiać - Nie posmarujesz, nie pojedziesz! W naszym kraju mimo upływających lat „smarowanie” to dość popularna czynność, ale okazuje się, że na Brooklynie również. Mikhail Prokhorov chcąc zdobyć mistrzowskie pierścienie „posmarował” jak nikt w lidze. Spontaniczny projekt pod tytułem „zbieramy grajcarów i golimy frajerów” nie przyniósł oczekiwanych efektów. Pomysł był rezolutny, ale gdzieś zabrakło kilku składowych, by korki od szampana strzeliły w odpowiednim momencie.

 

 

 

 

 

Pytanie jest zasadniczo jedno. Co się stało, że się zesrało? Najwyższe kontrakty i gorące nazwiska owszem mogą być półśrodkiem do zrobienia dobrego wyniku nie tylko w koszykówce, ale chyba na szczęście hajs zawsze nie musi się zgadzać. Pamiętna wymiana z Celtics, magia Brooklynu, błyski fleszy, łatka najmodniejszego klubu w lidze, celebryci w pierwszych rzędach, skarbiec bez dna… Amerykanie jak nikt potrafią zryć berety kibicom. Ja swą uwagę skierowałem w stronę Nets z wielkiej sympatii do Pierce’a i Garnetta. Gdy dowiedziałem się o wymianie na linii Boston-New York, miałem rozdarte serce, bo nagle ikony mojego ukochanego klubu idą tuż za miedzę, by ponownie poczuć jak to jest być mistrzem NBA. Przetrawiłem to jakoś. Zdusiłem frustrację w sobie. W fazie zasadniczej zarywałem nocki najczęściej właśnie za sprawą Celtów i Nets.  Cóż… Z dużym niepokojem śledziłem to, co Jason Kidd wyprawiał na ławce trenerskiej. Zęby bolały. Grudzień skończyli z bilansem 10-21, wlekli się w ogonie ligi, Kidd przecierał łysinę z bezsilności i w bardzo złym momencie posypał im się prawdopodobnie najlepszy center ligi…

 

 

 

 

W szatni Nets musiały dziać się dantejskie sceny. Ktoś tam za sprawą dziwnych czynności musiał oczyścić tą stajnię Augiasza. Jestem przekonany, że nie miał z tym nic wspólnego Kidd... Tamtejszym kibicom nie było do śmiechu. Średnio rozumny znawca NBA zastanawiał się nad przyczyną tej padaki. W tamtym momencie udział w fazie playoffs był srodze zagrożony. Coś drgnęło. Gra zaczęła wyglądać coraz lepiej, przydarzyły się zwycięstwa nad Heat, które na pewno podniosły morale drużyny. Williams przez chwilę ruszał się jakby żwawiej. Dalej wiadomo jak się sprawy miały. Krew, pot i łzy z Raptors. Dreptanina i brak pomysłu na końcówki z Heat. Z perspektywy uważnego obserwatora NBA, zastanawia mnie teraz przyszłość tej organizacji, bo głowy polecą.

 

 

 

 

 

Pospekulujmy. Czy Nets w tym składzie mogą grać lepiej? Hipotetycznie mogą pod warunkiem, że Lopez znów będzie rządził pod tablicami, Williams zacznie kreować grę na miarę oczekiwań, Joe Johnson pozbędzie się łatki najbardziej przepłaconego zawodnika w lidze, a starszyzna drużyny w zdrowiu, ciągle będzie wartościowym wzmocnieniem drużyny… To jest wariant bardzo, bardzo optymistyczny. Druga strona medalu jest jednak trochę bardziej rdzawa. Projekt „CHAMPIONS” zakładał zdobycie tytułu w tym sezonie, ewentualnie z kosmetycznymi zmianami w przyszłym. Tak trochę na skróty, ale kto bogatemu zabroni. Teraz Nets mają coś na kształt kaca. Personalne wzmocnienie tego zespołu wydaje się niemożliwe. Nets na przyszły sezon mają już kontrakty na 85mln $, które przytuli raptem ośmiu zawodników. Już w tym momencie są ponad pułapem luxury tax na kolejny rok, ale przecież Williams się kiedyś musi obudzić. Skoro jesteśmy w temacie nazwisk, to przyznam się obiektywnie, że oglądając ich konfrontacje z Raptors i Heat najwięcej staropolskich „kurew” posłałem w kierunku Derona. Przecierałem oczy ze zdumienia jak w meczach o stawkę ten facet przechodzi obok gry. Miał być gwiazdą tej drużyny, jest drugim najlepiej opłacanym zawodnikiem Nets, raptem dwa lata temu podpisał maksymalny kontrakt, a z dawnej chwały pozostały trociny. O jego szklanych kostkach krążą już legendy na forach i przyznam się szczerze, że nie widzę w nim tego ognia, z którego kiedyś tak słynął. Bardzo wątpię, by powstał z martwych. Williams jest dla mnie jednym z bardziej zagadkowych koszykarzy ligi, a posezonowe średnie na poziomie 14,5 pkt. (skuteczność 39,5% z gry WTF) i 5,8 as. zawodnikowi takiego kalibru zupełnie nie przystoją. Podobno czeka go podczas nadchodzących wakacji kolejna operacja i obawiam się, że prawdziwego D- Willa będziemy mogli obejrzeć na youtubie. Sfrustrowany Deron to nie jest gracz, który pokaże kierunek w drodze do mistrzostwa. Transfer wisi w powietrzu, ale wskażcie mi klub, który zawierzy 30 letniemu zawodnikowi z niepewnymi kostkami, z trzema sezonami w kontrakcie.

 

 

 

 

 

Najskuteczniejszym strzelcem Nets w playoffs był Joe Johnson. Fajny chłopak, który potrafi zadecydować o wyniku drużyny w konfrontacji ze średniakiem ligi, shooter prima sort, ale… W ostatnim meczu z Heat dziurawił kosz rywali aż miło, ale szkopuł tkwi, że były to momenty. Jego obecność na parkiecie w innych meczach była zauważalna, ale brakuje mi tutaj systematyczności, odpowiedzialności za losy drużyny w kluczowych momentach sezonu. Ma w kontrakcie jeszcze dwa lata za 48 baniek i jeśli nie zacznie grać na miarę swych poborów, to włodarze klubu mogą mieć spore powody do niestrawności. Dużym zmartwieniem dla wszystkich kibiców jest również osoba Lopeza. Facet, gdy jest w dobrym zdrowiu potrafi być jednym z najlepszych centrów tej ligi, pożytecznym w obronie, efektywnym w ofensywie i nie głupim pomysłem byłoby budowanie drużyny wokół niego. W życiu nie ma jednak pełni szczęścia, a Brook Lopez w ciągu ostatnich trzech sezonów praktycznie dwa lata spędził w gabinetach lekarskich. Kontuzja stopy staje się powoli jego znakiem firmowym i każdego jego lądowanie na parkiecie przysparza kibicom siwych włosów. Handlować Lopezem można, ale czy Netsi wyjdą na tym korzystnie? Śmiem wątpić.

 

 

 

 

Teraz wątek ulubiony, bo „zielony”. Żal mi było Paul’a Pierce’a w game 5. Walił głową mur. Wierzył w końcowy sukces, ale Heat przydarzył się run 12-0 i Paul błagalnym wzrokiem zaklinał boiskowy zegar… Chciałbym, by na ostatni sezon wrócił do TD Garden, a jaka jest teraz jego przyszłość w czarnym jerseyu? Latem Pierce stanie się wolnym agentem i pewnie będzie szukał swojej szansy na drugi tytuł. Wróble ćwierkają, że może Doc Rivers wkomponuje go w szeregi Clippers. Ciężko tutaj cokolwiek wyrokować. Kevin Garnett natomiast nieuchronnie zmierza ku wiecznemu fishingowi. Na kolejny rok ma jeszcze umowę za 12 mln $ i pewnie je podniesie, ale jego wpływ na drużynę zdaje się być coraz mniejszy. Czas nie ma litości dla nikogo, ale liczę jeszcze na jeden jego sezon. Może nawet namówi Paul’a na ostatni taniec w barwach Nets…  Dygresja poboczna. Gdy chwilę temu Ray Allen rzucał swe trójki w rywalizacji z Nets, widziałem oczyma wyobraźni jak każda z nich wbija się „ostrzem” w serce Garnetta. Żal tej przyjaźni… Wolnymi agentami staną się również Shaun Livingston oraz Andray Blatche i po przyzwoitym sezonie pewnie znajdą angaż w ekipach z potencjałem.

 

 

 

 

 

Billy King musi teraz bardzo umiejętnie podejść do tematu. Pozostawienie tego składu w tej postaci nie zwiększy szans na końcowy sukces w przyszłym sezonie. Budowanie przyszłości organizacji na Williamsie i Lopezie jest szalenie ryzykowną kwestią. Swoje picki w kolejnych draftach sprezentowali Celtics i Hawks, a tutaj potrzeba świeżej krwi, młodości i ognia. Formy działania nagle stały się bardzo ograniczone. Czy stać Brooklyn Nets na przeczekanie kolejnego sezonu? Teraz konsekwencje tych działań mogą być dla nich dość uciążliwe… To miał być ich sezon. Nie był. Nic się jednak nie zmienia w tym temacie – Beat The Heat!

 

Shaq o Jego Królewskiej Powietrzności.

shuygiven

"Widziałem, jak jemu udaje się coś takiego, o czym ja mogę tylko marzyć. Widziałem jak wyskoczył z jednej strony pola trzech sekund, został popchnięty, wyprostował się w powietrzu, przekręcił i wrzucił piłkę do kosza z drugiej strony. Tego nie da się zrobić !!!"

 

                                                                        Shaquille  O'Neal o Nim.

 

 


Gortat when amazing happens!

shuygiven

 

Nazywajmy rzeczy po imieniu - koszykówka to sport niszowy w naszym posępnym Polandzie. Taka karma. Jest trochę zapaleńców z tamtych czasów, którym bakcyla zaszczepił Sami Wiecie Kto. Należę do wyznawców Jego kościoła i zarywam nocki jak za dawnych lat. Tak, jestem zainfekowany. I love this game. Estetyka się zmieniła. Lat przybyło. Kiedyś jaraliśmy się wszystkim, co amerykańskie. Teraz jaramy się wędzoną kiełbasą bez konserwantów od wuja Stefana z mazurskiej głuszy. Wszystko jest teraz na wyciągnięcie ręki, ale ciągle jesteśmy krajem piłkarskim z wybujałym ego. A ta cała koszykówka, to przecież taki mało spolszczony sport. Na orlikach raczej pustki. Pod obręczami tłoku brak. Jest trochę młodocianych ujaranych LeBuffonem, ale ciągle w tłumie mało dostrzegalni. Do czego piję? Marcin Gooooooortat!

 

 

Wczorajszy poranek należał do bardzo ekscytujących. Bez zbędnego pitolenia przyznam się, że nie oglądałem. Postawiłem krzyżyk na Washington Wizards i choć do Marcina żywię wiele sympatii to spodziewałem się raczej pewnego zwycięstwa Pacers. Zaniechałem. Spałem nie przeczuwając niczego. Każda ryba w stawie jednak wie, że to NBA i bywa tu bardzo amazing. Obudził mnie sms około 6 rano o takiej treści: „Wstawaj kurwa. Biali potrafią skakać. Gortat pozamiatał”. Jak pomyślałem tak zrobiłem. Odpalam nba.com, a tam lico gortatowe i tytuł – Gortat pozostawił przy życiu Wizards! WTF? – myślę. Zaglądam głębiej. Wczytuję się w tekst. Oczom nie dowierzam. Linijka statystyczna jak marzenie – 31 punktów (trafił 13 z 15 rzutów) i 16 zbiórek. Mecz obejrzałem z odtworzenia. Marcin z miasta Łodzi zdominował Pacers w ich własnej hali! W pewnym momencie drugiej połowy Gortadzilla miał więcej zbiórek niż cała drużyna rywali. Epic!

 

 

Po meczu w amerykańskim styl oznajmił:

“At some point in the middle of the game, it was fun to be in the game. Everything works, you feel immortal”.

 

 


 

Gortat wygrał w dniu wczorajszym wszystkie Internety, a zachwytom nie było końca. Jego nazwisko jest odmieniane przez wszystkie przypadki. Oddajmy facetowi szacunek! Taki wynik w meczu takiej stawki? Bravo. Wielka sprawa. Czarodzieje są ciągle w grze i choć przewagę parkietu ma Indiana to w game 6 będzie się skrzyło. Budzikom śmierć. O drugiej w nocy dziś grają... Dygresja poboczna. Niech wiedzą Tomasz Adamek, Otylia Jędrzejczak i Marcin Żurawski, że w wyborach do europarlamentu mojego głosu nie wyżebrają. Niech wie jednak Marcin Gortat, że jeśli kiedykolwiek zamarzy mu się bitwa o prezydenturę w Polandzie to mój głos leci, jako jeden z pierwszych. Czapki z głów! Dziś wszyscy jesteśmy Czarodziejami...

Polski kibic w naiwność uzbrojony.

shuygiven

Masz w portfelu 80 polskich złotych i myślisz, że jesteś panem sytuacji, że możesz wszystko. Oznajmiam Ci, że jesteś w czarnej dupie lub w Radomiu. Ale powoli. Muszę zbudować napięcie. Sposobów na wydanie tych 8 dyszek jest więcej niż włosów na głowie Radka Majdana po przeszczepie. Można kupić ortalionowy dres w lumpexie i iść z szalikiem Lecha na Łazienkowską, by dostać wpierdol za przysłowiową darmochę. Można również kupić kilkadziesiąt bochenków chleba i pocisnąć pokarmić gołębie w okolicznym parku, szukając pośród nich prawdziwego kumpla. By nie być monotematycznym wypada, a nawet trzeba kupić dobrą wódkę, jakieś śledzie w oleju i wprosić się do byłej dziewczyny na romantyczne pitu pitu. Za 80 zeta możesz być również kimś w hipsterskim lokalu, pod warunkiem, że masz akurat na sobie sweter po ojcu. Dla odmiany w województwie podlaskim na dyskotece „Fantazja”, możesz nawet wyrwać matkę dla swoich przyszłych dzieci stawiając jej przy barze Harnasia z kija, a potem drugiego i trzeciego… Pewien dyskont spożywczy oferuje różowy papier toaletowy o dźwięcznej nazwie „Melodia”, a za 80 złotych jak się rezolutnie domyślacie, można zrobić zapasy na parę miesięcy. Takich życiowych akapitów mógłbym sprokurować jeszcze kilka, ale do meritum...

 

 

 

 

 

 

I tu zaczyna się staropolski ból istnienia. Rzeczoną wyżej kwotę można również zamienić na bilet w dobrym sektorze na mecz Polaków ze Szkotami. Jak pomyślałem tak zrobiłem, choć równie dobrze mógłbym przelać te parę złotych na konto Greenpeace, na rzecz walki o siedliska bałtyckiego dorsza. Patrzę teraz w monitor komputera i zastanawiam się od czego chciałbym zacząć wylewanie żalów, a trochę tego jest. Mecz się odbył. Publika dopisała. Swoje pieniądze na rozrywkowe spędzenie tego wieczoru przeznaczyło ponad 40 tysięcy ludzi. Wniosek banalny – mimo dramatycznych okoliczności jest zapotrzebowanie na futbol reprezentacyjny. Przed meczem jakże przyjemna atmosfera wyczekiwania na ekscytujące momenty. Barwny, głośny tłum zmierzał na Narodowy. Kibice z dumnego Scotlandu również ładnie się w to wszystko wpisywali, a ich kilty nonszalancko targane były przez marcowy wiaterek. Wspólne fotki, przybijane piątki i Polska Biało-Czerwoni. Myślę sobie – gramy u siebie, gramy z zespołem, który od wielu lat nie grał na poważnej piłkarskiej, pierwszy mecz Adama Nawałki na Narodowym, personalnie choć bez Kuby i Lewandowskiego, to jednak na tle anonimowych Szkotów ciągle nieźle… Bądź mądry człowieku, pisz wiersze.

 

 

 

Polscy piłkarze mają dziwną umiejętność obdzierania swych kibiców z resztek nadziei na jakikolwiek pomyślny rozwój wypadków. Ilekroć myślę, że coś, gdzieś, jakoś - to po kwadransie gry wiem, że prędzej pałą przez łeb. Nie istotne, że kolejny mecz o życie w eliminacjach, mecz o wyjście z grupy na osławionym euro (jeszcze się z tym chyba nie pogodziłem) czy mecz towarzyski. Wszystko ostatnimi czasy w piach. Czarne chmury zgromadziły się nad reprezentacją i w żaden sposób nie chcą odpłynąć w żadnym kierunku. Nawet Romek Kołtoń niepokojąco drapie się w głowę, bo nie wie, jaki obrać front myślowy. Poziom piłkarskiego zaawansowania Wysp Owczych i Papui-Nowei Gwinei do niedawna był obiektem kpin i żartów, a na chwilę obecną niepokojąco podążamy w ich kierunku. Może i nadużycie, ale my ciągle stoimy w miejscu, mało tego – my wykonujemy systematyczne kroki w tył. Czy Adam Nawałka nadał jakiś autorski rys tej drużynie? Kilka nowych twarzy już się zdążyło przewinąć przez zgrupowania i dopisać w swym CV szumny reprezentacyjny epizod. Bramek nie strzelamy, bramki tracimy. Gramy na „podaj do najbliższego”, niech on weźmie na siebie odpowiedzialność. Takie hasła jak determinacja czy ambicja nie kojarzą się naszym piłkarzom zupełnie z niczym. Na tle Szkotów wyglądaliśmy tak jak wygląda szklanka mleka na tle białej ściany… Różnica jest taka, że oni przeprowadzili jedną akcję i strzelili gola, a my miotaliśmy się we własnej nieporadności. Tragiczna jest to sytuacja, by kraj o takiej gęstości zaludnienia jak Polska był pośmiewiskiem piłkarskiej Europy. Tu trzeba dzwonić po Leo, bo Nawałka jest gotów położyć nam najbliższe eliminacje w kompromitującym stylu… Los bywa przekorny. I pomyśleć, że psioczyliśmy na Smudę jak ten zremisował z Grekami, Rosjanami i minimalnie przegrał z Czechami. W zaistniałej sytuacji mam tylko czarne myśli.

© Space Jam
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci