|
wtorek, 21 lutego 2012
Jeremy Lin na przestrzeni minionych dwóch tygodni stał się bohaterem masowej wyobraźni, udowadniając tym samym, że każdy może osiągnąć swój cel, jeśli tylko w to wierzy i wytrwale walczy. Banał to okrutnie wyświechtany i znany każdemu optymiście, ale po raz kolejny dzięki odrobinie szczęścia miał prawo się urzeczywistnić, a społeczność nie tylko azjatycka ma spore powody do entuzjazmu. To doprawdy historia niebywała.
Rozgrywający New York Knicks jest przykładem typowego chłopaka z sąsiedztwa, który ze swej skośnej perspektywy postrzega świat takim, jakim jest i konsekwentnie prze do przodu. Historia ta nawet jak na amerykańskie realia jest dość wyjątkowa. Jego rodzice wyemigrowali z Tajwanu w latach 70 tamtego stulecia, a owocem ich uczucia jest właśnie Jeremy, który urodził się 23 lata temu już w USA. Od najmłodszych lat przejawiał duże zainteresowanie koszykówką. W szkole średniej w Palo Alto był zawodnikiem mocno wyróżniającym się pośród rówieśników. W ostatnim roku nauki, będąc kapitanem drużyny, poprowadził ją do mistrzostwa stanowego i wyniku 32-1. Choć w opinii wielu ekspertów był uważany za najlepszego zawodnika stanu Kalifornia, to jednak dalszy rozwój wypadków wcale nie potwierdzał jego sukcesów. Uczelnie wyższe nie waliły drzwiami i oknami, a Lin nie miał bólu głowy związanego z wyborem. Jego warunki fizyczne (191 cm wzrostu) nie rozpalały wyobraźni uniwersyteckich skautów, a jego średnio widowiskowy styl gry nie rokował zbyt dobrze. Choć ta koszykarska niepozorność bardzo komplikowała perspektywy, to jednak zdarzył się „amator skośnych jabłek” w postaci uczelni Harvard, która z koszykówką ma tyle wspólnego, co trener Smuda ze stoickim spokojem. Jeremy skończył szacowne studia na wydziale ekonomii i prędzej mógł zostać pierwszym azjatyckim prezydentem Stanów Zjednoczonych niż zawodnikiem NBA, ale do upartych świat należy.
Podczas swej 4-letniej edukacji był jednak… wielką gwiazdą drużyny Harvard Crimson, która występuje w Ivy League. Dzielił i rządził, bił kolejne indywidualne rekordy, a kibicom „niekoszykarskiego” Harvardu przysporzył wielu pięknych momentów. Był dwukrotnie wybierany do piątki najlepszych zawodników dywizji, a gdy kończył karierę został pierwszym graczem w historii Ivy League, który popełnił, co najmniej 1450 punktów, 450 zbiórek, 400 asyst i 200 przechwytów. Zupełnie nieźle jak na niepozornego Azjatę bez szybkości i niesamowitego wyskoku, bez spektakularnych wsadów, a o zjawiskowych umiejętnościach strzeleckich nie wspominając. Co było dalej? Powtórka z rozrywki, czyli kto przygarnie solidnego Lina, który jednak bez błysku i atletyzmu w NBA sobie nie ma prawa poradzić. Marzenia nawet o drugiej rundzie draftu zdawały się być zbyt wygórowane, a łowcy młodych talentów kierowali się raczej racjonalnymi przesłankami. Choć kilka drużyn zaprosiło Lina na testy sprawdzające młodych zawodników przed draftem, to jednak jego gra nie przypadła do gustu osobom decyzyjnym. Jaka mogła być przyczyna? Przecież nasz bohater nie mógł nagle zatracić swoich atutów. Odpowiedź wydaje się dość banalna. Podczas takich testów utalentowana młodzież sprawdzana jest w mniejszych grupach, czyli w gierkach jeden na jednego, dwóch na dwóch, trzech na trzech. Nie każdemu taki system „leży”, a już na pewno nie uwydatniał on zalet Lina, który przecież swoje wie i grać potrafi. Efekt był taki, że jego koszykarski kunszt nie został doceniony, a rzeczony draft stał się marzeniem ściętej głowy.
Dalej historia potoczyła się banalnie. Jeremy Lin za sprawą zaoszczędzonych monet z uczelnianego stypendium postanowił wcielić w życie swe ekonomiczne talenty i w słonecznej Kalifornii (tam gdzie nigdy deszcz nie pada) otworzył kilka budek z chińskim żarciem… Przecież to nie w jego stylu. Ot banalna przeszkoda, którą przecież trzeba z całym impetem sforsować. Jak nie drzwiami to oknem pomyślał Jeremy i tak uczynił. Swojego „okna” upatrywał w rozgrywkach ligi letniej, która w wielu przypadkach również była trampoliną do wyśnionej NBA. Tamtego roku Summer League odbywało się w Las Vegas. Do swej drużyny zaprosili go tylko trenerzy Dallas Mavericks i w końcu nasz „skośny niezłomny” mógł zaprezentować swe talenty w normalnym meczu. W pierwszych 3 grach zaliczał średnio po 15 minut i swymi boiskowymi poczynaniami nie wprawiał raczej nikogo w euforyczne stany. Był jednym pośród wielu próbujących spełnić swe sportowe fantazje. Różnica była jednak zasadnicza. Jeremy Lin ani przez moment nie wątpił w zasadność swych decyzji i był gotów.
No i zdarzył się w końcu kluczowy moment, a tym samym perspektywa zielonego światła na bezkarne noszenie skarpetek z logo NBA stała się prawdopodobna. Przełom nadszedł wraz z meczem przeciwko Washington Wizards. Za sprawą kontuzji niejakiego R. Beaubois, Lin spędził na boisku 27 minut, a jego bezpośredni rywal w osobie Johna Walla nie miał łatwo. Numer 1 draftu został kilka razy ograny w ofensywie przez Lina, a dzięki jego twardej obronie trafił tylko 4 z 19 rzutów. Jeremy zdobył 13 punktów, a 11 oczek w samej czwartej kwarcie. Choć Mavs mecz przegrali, to wreszcie telefon menadżera zaczął dzwonić, a Lakers, Mavericks i GSW wyrazili zainteresowanie młodym graczem. Wybór padł na jego ulubioną drużynę, czyli Golden State. Z miejsca stał się pupilem kibiców, a miejscowa społeczność azjatycka wreszcie miała bohatera, z którym mogłaby się utożsamiać. Zdarzało mu się wchodzić na końcowe minuty rozstrzygniętych meczy, ale bardziej kluczowa była sama możliwość pracy nad sobą, a wszystko w ramach struktury NBA. Jego czas przecież miał dopiero nadejść...
Lin w Warriors trenował ciężko, pił dużo napojów energetycznych, podpatrywał starszych kolegów i ogrywał się na zapleczu NBA w D-League, by być gotowym, gdy nadejdzie ten dzień. Niestety tego momentu nie mógł przeżyć w GSW, a w grudniu minionego roku został wytransferowany do Rockers gdzie podobno mają smaczne obiady. Z kuchnią teksańską nie zdążył się dobrze poznać, gdy po jego talenty postanowili sięgnąć New York Knicks. Nikt nie miał prawa przypuszczać, że jego przeznaczenie właśnie się dopełnia. Podkreślam nacisk na NIKT! Jakieś 10 dni temu przydarzył się taki banalny mecz z drewnianymi New Jersey Nets, który w stopniu znacznym zmienił ciąg bieżących zdarzeń. Dalszy ciąg filmowej opowieści o człowieku z mrocznego końca ławki rezerwowych znacie już doskonale. Lin postanowił zawładnąć umysłami mas, a od jego „debiutanckich” 25 punktów przeciwko Netsom, New York Knicks wygrali aż 7 meczów z rzędu! Udziału w tym znacznego nie mieli Amare Stoudemire czy Carmelo Anthony, a właściwie to sprokurował to w stopniu znacznym tylko On sam. Na chwilę obecną Spike Lee ma się z czego cieszyć, bo z Linem na rozegraniu Knicks zaliczyli 8 zwycięstw przy 2 porażkach. Bilans to zamaszysty. Póki, co powstrzymam się od snucia wizjonerskich scenariuszy w temacie, jeszcze nie teraz. Chciałbym skupić się tylko na przeżywaniu tych wszystkich ekscytujących momentów, bo są to chyba historyczne chwile, które mogą być wspominane niebawem z dużym uśmiechem…
Minionej nocy wesoła nowojorska kompania musiała obejść się smakiem, a konfrontacja z Nets skończyła się zaskakującą porażką. Lin oczywiście na swoim poziomie, wreszcie zadebiutował Baron Davis, a po kontuzji pachwiny w końcu próbował wkomponować się w drużynę ten majestatyczny Anthony. Trener Mike D’Antoni ma do dyspozycji bardzo interesujący ludzki materiał, który przy roztropnym zarządzaniu może przekształcić się w zespół o dość dużej sile rażenia. Koszykarscy bogowie wreszcie postanowili zlitować się nad kibicami z MSG i zesłali im mesjasza w kolorze yellow. Może jeszcze nie w tym sezonie, ale ostatnie „wczesno wiosenne podrygi” zwiastują bardzo perspektywiczną przyszłość dla tej organizacji. Tymczasem o mankamentach nie wspominam celowo, bo nie roszczę sobie praw do wybujałego obiektywizmu! Jeszcze nie teraz. Dajmy czasowi czas… Linie trwaj na przekór wszystkim malkontentom!
poniedziałek, 20 lutego 2012
Gdy Mike Bibby nie ziewa na ławce rezerwowych, to można być pewnym, że właśnie uprawia japoński (nie mylić z tajskim) manicure. Zabieg taki nadaje blask paznokciom, zasila je w składniki naturalne tj. witaminy A+E, keratynę, pyłek pszczeli oraz krzemionkę z morza oczywiście japońskiego. Mike ma głęboko odżywione płytki paznokci, a zamknięte łuski tworzą naturalną barierę ochronną. Jeśli coś równie ciekawego wydarzy się jeszcze na ławce Knicksów, to będziecie o tym skrupulatnie i rzetelnie poinformowani.
Kto by się spodziewał jednak, że nawet bez Mike'a Bibby'ego ekipa z MSG spuści łomot dumnym Mistrzom z Dallas! Show z Linem w tytule trwa w najlepsze, a te jego 28 punktów i 14 asyst z Mavs może pobudzić wyobraźnię. Baron Davis podobno wyleczył plecy, a i Melo Anthony się rwie do gry! Najgorętsza ekipa NBA powstaje z martwych...
piątek, 17 lutego 2012
17 lutego 1963 roku urodził się Michael Jeffrey Jordan! Dziś jego 49 urodziny stały się faktem. Jego Powietrznej Wysokości życzymy wszystkiego, co właściwe dla jego koszykarskiego majestatu! Happy Birthday Mike! Eh...
Jeremy Lin wykręca kolejną "skośną statystykę" na parkiecie, a Mike Bibby dokumentnie znużony biegiem boiskowych wydarzeń... ziewa! Gdy Mike będzie się drapał lub wycierał nos dowiecie się o tym jako pierwsi. Będzie się działo...
środa, 15 lutego 2012
Calderon ośmieszony! Co on robił przez 14 sekund się pytam!? Tak się kończy krycie Lina na radar! Game winner jak malowany. Ciężko to wszystko okiełznać, bo na naszych oczach dzieje się coś nieprawdopodobnego. Reakcja publiczności w Toronto mnie zmiażdżyła. In your face Jose, in your face...
wtorek, 14 lutego 2012
Estetykę plastikowych lat 80 wspominam z bardzo dużą sympatią, a "taki" Michael Jordan doskonale się w nią wpisuje. Wielu zapomina, że Jego Powietrzna Wysokość pojawił się w NBA jako dopiero 3 numer draftu w 1984 roku... Bez zbędnych grafomańskich uniesień dzisiaj.
sobota, 11 lutego 2012
On znowu to zrobił. Czy ten amerykański Tajwańczyk jest normalny? WTF! To są największe azjatyckie fajerwerki jakie widziałem w życiu, a mecz z Lakers stanie się jednym z moich ulubionych od czasów Ewing'a i Starksa. Jakim prawem Knicks to wygrali!? Co na śniadania je ten cały Jeremy Lin? Gdzie jest kres jego fantazyjnej bezczelności? Jak to możliwe, by żółtodziób (dosłownie i w przenośni) przez tydzień zawojował cały koszykarski świat? Trójki, piwoty, wjazdy pod kosz i co jeszcze? 38 punktów i 7 asyst człowieka, który nie miał prawa nawet śnić o czymś takim...
Niech mi to ktoś wytłumaczy tą żółtą anomalię! Nie pojmuję tego, co się dzieje, a przecież NBA ekscytuję się od dobrych lat wielu. Takiego wejścia smoka nie widziałem chyba jeszcze nigdy! Linie miej litość! Zaprzestań choć na kilka chwil tego szaleństwa, bo nie wiem jak mam to okiełznać! Piszę to pod wpływem bardzo dużych emocji, bo nad taką historią za bardzo nie można przejść do porządku dziennego. Przed nami mecz z Leśnymi Wilkami...
New York Knicks wygrywają cztery ostatnie mecze w bardzo mocno przemeblowanym składzie. I pomyśleć, że kilka tygodni temu jarałem się zakontraktowaniem Barona Davisa w NYK! Świat oszalał, a najmodniejszym kolorem w tym sezonie jest TAIWAN YELLOW... Strach się bać, ale gdyby głosowanie na ASG trwało jeszcze kilka dni, to kto wie czy azjatyckie pospolite ruszenie nie wepchnęłoby Lina do pierwszej piątki na Wschodzie! Potęga mediów jest wszakże ogromna we współczesnym średniowieczu...
czwartek, 09 lutego 2012
Z twarzy podobny do milionów ludzi na globie, a na koszykarskich salonach w ciągu ostatnich 7 dni dokonał niemożliwego. Nie sposób go już pomylić z kimkolwiek, a to dopiero początek całego cyrku... Szukam jeszcze szczęki na podłodze, ale gdy już okiełznam entuzjazm i zdumienie, to skrobnę jakąś wymowną laurkę w jego kierunku! Stay tuned.
Mr. Lin stał się nowożytnym Copperfieldem dla publiki z MSG. Statystyka za jego trzy ostatnie mecze to 25.3 punktu i 8.3 asysty. To jest kocia statystyka na poziomie największych gwiazd ligi i nie chcę rzucać tutaj personaliami, by nie zapeszać... W jaki sposób trener NYK po 23 meczach sezonu orientuje się, że ma takiego "żółtego kwiatka" na ławce rezerwowych? Czy ta radosna opowiastka o spełnionych marzeniach będzie miała swój ciąg dalszy?! To się dzieje naprawdę!?
Minionej nocy, gdy John Wall zdrzemnął się na kilka chwil, a obrońcy WAS marzyli o mistrzowskich pierścieniach, Jeremy Lin bez większego poważania zapakował piłkę w taki oto sposób!
wtorek, 07 lutego 2012
Urodził się 7 lutego 1974 roku w Johannesburgu (RPA). Jest niewątpliwie najbardziej kanadyjskim koszykarzem pośród Kanadyjczyków. Jego walijsko - angielskie pochodzenie tłumaczy uwielbienie jakim darzy piłkę nożną! W moim prywatnym rankingu rozgrywających z przeszłością, w kategorii graczy, którzy mają "oczy dookoła tzw. dupy", Steve zajmuje pozycje na samym szczycie podium! Dziś skończył 38 lat i nie w głowie mu żadne koszykarskie hospicja!
Po polsku napiszę. Wszystkiego najlepszego Panie Nash z okazji urodzin! Życzę Ci mimo wszystko mistrzowskiego pierścienia. Może się jeszcze coś uda ugrać w jakiejś turbo ekipie z potencjałem.
Choć kilka razy grał w finale Konferencji Zachodniej, to jednak odnoszę wrażenie, że w tamtych czasach kolejka graczy oczekujących na mistrzowskie sygnety była zdecydowanie mocniej obsadzona. Z drugiej strony nie umiem wyobrazić sobie ofensywnie usposobionego Nasha, grającego defensywny basket w stylu ekip ze wschodniego wybrzeża. Kto wie czy droga do finału z tamtej strony nie byłaby nieco łatwiejsza... Korzystając ze sposobności, przypomnę kilka momentów z jego kariery.
Rok 1996. Wybrany z 15 numerem draftu przez Phoenix Suns.
Lata 1998 - 2004 spędza w Dallas Mavericks, gdzie u boku Dirka Nowitzkiego jego kariera nabiera rozpędu.
Jako wolny agent wraca w 2004 roku do Suns, w barwach których dwukrotnie zdobywa tytuł MVP sezonu zasadniczego (2005, 2006). Rzecz niebywała. Nash zrobił to dopiero jako trzeci w historii nie-Amerykanin (po Hakeemie Olajuwonie i przed Dirkiem Nowitzkim), pierwszy biały od czasów Larry'ego Birda i najniżej wybrany w drafcie w całej historii NBA. Nie bacząc na naszą melancholijną, słowiańską i iście zawistną mentalność trzeba Wam wiedzieć o pewnym procederze. Nie jest dobrze i nawet nie wiem czy to jest do końca pedagogiczne. Ludzie młodzi (zwłaszcza) mają obowiązek edukować się na potęgę, czytać powinni opasłe tomy sienkiewiczowskiej trylogii, przygotowywać się przecież muszą w skupieniu do sesji egzaminacyjnych i ewentualnie powinni mieszać we fiolkach (niekiedy naukowych) dziwne substancje! Tak byłoby zacnie i szlachetnie. Ojczyzna by na tym skorzystała, a i wszystkie prokatolickie stowarzyszenia miałyby pociechę, że młodzież zdolna i się garnie!
Niestety jest inaczej! Banda "rozpuszczonych chłopaczyn" z różnych stron Polski, wymyśliła sobie, że będzie fruwać od kosza do kosza, a i może się trochę przy okazji uda pogwiazdorzyć. Kupują te kolorowe ciuchy, gacie noszą z krokiem w kolanach, gumy żują, muzykę piłują na całą pi...ę! Powykupują sobie te weekendowe bilety na PKP i tak sobie jeżdżą temi pociągami. Palą pewnie w tych wagonach i piją też na potęgę. Nie wiadomo co jeszcze innego robią, bo dziwnie im z oczu patrzy. Zajeżdżają później jak te "paniska" taryfami na jakiego nowiutkiego orlika na prowincji z niecnym planem w głowie. No bo oni z miasta Łodzi, Krakowa, a nawet z Warszawy. I zaczyna się darcie japy... Emeryci ptaków nie mogą dokarmiać, młodzież z domów ucieka, książki się kurzą, matczyne obiady stygną i jest chyba tak, jak być nie powinno!
Basta. Nie mogę tak dalej brnąć w to szambo patologicznych kłamstw. W zupełnie poważnym tonie będą teraz utrzymane moje słowa!
Jest pewna inicjatywa tworzona z pasją. Kilku zapaleńców, skrzyknęło się czas jakiś temu i postanowili rozruszać nieco skostniałe towarzystwo w naszym barwnym Polandzie. Panowie są trwale uzależnieni od koszykówki i wymarzyli sobie, że połączą przyjemne z pożytecznym. Powstał rezolutny projekt pod nazwą POKAZYSTREETBALL.PL, który zakłada propagowanie rzeczonej miłości do koszykówki poprzez przedstawienie jej najefektowniejszych momentów dla szerszego ogółu. Ich szarlatańską działalność charakteryzują spektakularne dunki, moc trików z piłką (częściej piłkami), których nie powstydziłby się sam Chuck Norris i kilka ton dobrej energii do rozdania. Wszystko okraszone dobrą tematyczną nutą i złotoustym wodzirejem, który potrafi rozpalić publikę do czerwoności. Znają ich tu i tam, ale ciągle przed nimi jeszcze kilka setek koszykarskich przybytków do odwiedzenia. Poznacie ich po błysku w oku, gdy wchodzą na boisko, a kilka chwil później powietrzne show stanie się faktem!
Myślicie, że nic nie jest Was w stanie zaskoczyć, a kolejny odcinek „Ojca Mateusza” już nie cieszy jak kiedyś! Wydaje Wam się, że w naszej galaktyce nie ma innego bytu niż NBA (o PLK przez grzeczność nie wspomnę), a Michael Jordan zostanie wyniesiony niebawem na ołtarze? Hola, Hola! Nawiedzajcie ich witrynę w sieci i planując letnie rozrywki, nigdy nie mówcie nigdy. Zapraszam do obejrzenia ich promoklipu. Na chrzcinach i innych bierzmowaniach jeszcze ich nie widziano, ale kto wie…
Mówisz POKAZYSTREETBALL.PL, myślisz KOSZYKARSKIE SHOW NA NAJWYŻSZYM POZIOMIE. Zapnijcie pasy, sezon rozpusty zbliża się wielkimi krokami!
A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swych dunkerów mają! |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Autor bloga.
Bajlando Team Channel
Blogi, które robią mi dobrze.
Czytając tego bloga musisz wiedzieć, że:
Konkret meila napisz do mnie może.
Poopcooolturowy kocioł.
Slam Inside.
Sportowy Świat
Tam bywam nader często.
Tagi
![]()
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||