Menu

Space Jam

W obliczu postępującej fascynacji basketem spod znaku NBA i piłką kopaną, zacząłem płodzić grafomańskie wersety! Czytelniku Drogi, nalej sobie odrobinę i pozwól mi zająć Twą wysublimowaną uwagę przez dosłownie chwilę. Życie wszakże składa się z ekscytujących momentów...

Wszystko

Magic o Jego Powietrznej Wysokości.

shuygiven

 

 

 

 

 

"Mój ulubiony mecz rozgrywał się w finałach sezonu 1990/91. Michael podbiegł, zrobił zwód w prawo, poszedł w lewo, kozłował piłkę z tyłu, trzymał ją przez chwilę. Wystawił język, wyskoczył w powietrze. Jest wciąż w powietrzu i ja jestem przy nim, i mówię, że mu się nie uda, nie przejdzie przez nas, nie przejdzie przeze mnie... A jednak tak, Michael przeleciał, przełożył ręce i wrzucił. Michael tak potrafi, wykiwał wszystkich. Na drugi dzień opowiadają w pracy: Szkoda, że tego nie widziałeś !"

Oh mon dieu!

shuygiven

 

 

Sytuacja jest nader dynamiczna! FC Barcelona bezradna niczym Najman w ringu. Paryż pijany ze szczęścia. Konsternacja i niedowierzanie! Prawdopodobnie to ekspansywne 4-0 w cymbał, odciśnie się na ekipie Enrique piętnem. Nikt nie mógł czegoś takiego przewidzieć. Nikt. Katalońskie kwiaciarki roniły całą noc perliste łzy. PSG wyszło na ten mecz nabuzowane tak, jakby od zwycięstwa zależała ich ziemska egzystencja. Pamiętacie motyw z fabularnego "Space Jam". Kosmici pozbawiają koszykarskich talentów gwiazdy NBA, by w nierównej walce pokonać ekipę Królika Bugs'a. Nasuwa się błyskotliwe pytanie w mej głowie. Kto wczoraj pozbawił piłkarskiego kunsztu, Herosów z miasta o złocistych plażach? Kto? Padli ofiarą deklasacji wprost idealnej bez prawa głosu. Spektakularna bezradność. Czy to możliwe? Może bukmacherskie mafie rodem ze słonecznej Malezji, maczały w tym procederze swe obtłuszczone paluchy? 

 

 

Skrót z tego meczu nadaje się wprost idealnie do Pornhuba, kategoria gang bang! Tylko tam! Mogę odpowiedzieć również na jedno pytanie już teraz - Barca tego w rewanżu nie odrobi! Nawet jeśli w składzie PSG wyjdzie Krychowiak to i tak we francuskich fontannach będzie płynąć szampan! 

 

 

 

Dygresja sędziowska do wglądu dla Was. Nie od wczoraj wiadomo, że obecność Szymona Marciniaka na Łazienkowskiej 3, zawsze jest podkreślana kibicowskim komunikatem, lapidarnym aczkolwiek wymownym, a brzmi on tak:

-MARCINIAK!? 

- Co?

- Ty kurwo!

Trzeba jednak oddać polskim sędziom, że wczorajszy mecz prowadzili fantastycznie i dostosowali się poziomem do piłkarzy Paris Saint-Germain! Zadajcie sobie teraz trud i przeczytajcie te nazwiska: S. Marciniak, P.Sokolnicki, T. Listkiewicz i R. Siejka! Bravo Panowie! Polska!

Każdy szczęściu dopomoże, każdy dzisiaj wygrać może!

shuygiven

I nastał ten czas szumnie określany Nowym Rokiem.

 

 

 

Postanowienia sprzed tygodnia o kuriozalnych celach na kolejne 12 miesięcy, to raczej jakaś schizofreniczna paranoja. Pewnie aktualnie odliczacie czas do kolejnego meczu ukochanej drużyny, smarując kajzerkę masłem orzechowym. Wisła płynie tempem frywolnym do Gdańska, smog nonszalancko wisi nad miastem, a kolejne demonstracje na ulicach zaklinają rzeczywistość. Przesłanie  na ten kolejny rok jest jedno - bądźcie sobą i cieszcie się życiem! By natchnąć Was życiodajnym entuzjazmem, przedstawiam w te pędy mój kupon od zaprzyjaźnionego bukmachera... Pięknie, żeśmy ten Sporting Lizbona potraktowali grudniową porą. Gdy Guilherme otworzył wynik na dość wczesnym etapie meczu, nie łudziłem się nadto, że to będzie ten jeden jedyny golden gol, który zapewni nam Ligę Europejską, a mojej mało skromnej osobie zawadiackie 810 złotych wypłaty. Roztropnie domyślacie się jakiego rzędu adrenalina towarzyszyła mi od powiedzmy 75 minuty spotkania... Uff, fortuna tego dnia była  Damą wybitnie urodziwą! A z Ajaxem Amsterdam mamy kilka zaległych kwestii do "przedyskutowania"...

 

 

 

 

Idzie środkiem Kowalczyk!

shuygiven

 

Siedzę sobie gdzieś w mieście stołecznym i tak kontempluję ciszę nieśpiesznie. Jest poniedziałek. Ludzkie mrowie goni za kwestiami raczej złudnymi. Wskazówki zegara robią swoje. Smakuję z wybitnym zaangażowaniem browar z zielonej Warmii. Paru z Was zna ten smak doskonale i przejawia solidarność, z czynionym przeze mnie procederem. Myśli wartkie pochłania mi lektura treści o sławnym piłkarzu z Bródna, który brał "na zamach" nie jednego na boiskach zielonych. Bo to właśnie niepokorna sylwetka Wojciecha Kowalczyka i jego bramki z Sampdorią Genua odcisnęły się na mnie piętnem wiekuistym.

 

Był 20 marca 1991 roku. Wierzyliśmy wtedy w rzeczywistość z amerykańskich filmów o szybkim kopnięciu, a magnetowid VHS był najważniejszym członkiem polskiej rodziny. Tego dnia na Stadio Luigi Ferraris, Legia Warszawa biła się o półfinał Pucharu Zdobywców Pucharu z galaktyczną Sampdorią, a trzeba Wam wiedzieć, że w tamtejszej czasoprzestrzeni to był zdecydowanie TOP 5 piłkarskich klubów na planecie Ziemia. A moja Legia jechała do jaskini lwa spróbować nie przegrać meczu zbyt wysoko, a może... Przypomnę, że w pierwszym meczu na wypełnionej po brzegi Łazienkowskiej, wydarzyło się niesamowite w postaci zwycięstwa Wojskowych 1-0, po golu niepozornego Dariusza Czykiera. Warszawa była pijana ze szczęścia i nie tylko. Włosi przecierali oczy ze zdumienia! My jeszcze bardziej! Nie spałem pół nocy. Moja małoletnia wyobraźnia rozgrywała ten mecz w głowie raz jeszcze...

 

No i gramy ten rewanż. Adrenalina milion... Obaw jeszcze więcej. Dodatkowo Legię w przerwie zimowej opuścił Roman Kosecki i przyjął ofertę tureckiego Galatasaray. Jego brak wydawał się katastrofą. Kto za niego? Makaroniarze pewni swego. Podrażnieni. Na boisku Roberto Mancini, Gianluca Vialli, Atillo Lombardo i bramkarz Gianluca Pagliuca! Używając jakiegoś rozumnego przełożenia, to w realiach nam współczesnych gwiazdy futbolu na poziomie Luisa Suareza tudzież innego Sergio Ramosa. A my takie butne orły, sokoły ze ściany wschodniej, marzące o czymkolwiek, byle na wysoki połysk. Piłka nożna ma to do siebie, że pozwala maluczkim wznieść się na piedestał... 

 

Trener Stachurski miał przed meczem uczulać 19-letniego Kowalczyka na walory piłkarskie rywala, jednakże po co to komu. Kowal palnął, że nie takich kiwał na Bródnie. Ja powiedział tak zrobił. Zapakował w 19 i 54 minucie po golu, a niemożliwe stało się rzeczywistością. Sampdoria wyrównała po golach Manciniego i Vialli'ego, ale kogo to obchodziło. Legia Warszawa awansowała do półfinału rozgrywek. Kibice Dorii trwali w spektakularnym osłupieniu!!!

 

W ten dość banalny sposób, butny Kowalczyk skradł moje serce dla Legii Warszawa po wsze czasy! Minęło 25 lat... Wasze zdrowie!

 

 

 

 

 

Książkę polecam każdemu, kto kocha piłkę nożną lat 90! Klasyka gatunku do której wraca się co czas jakiś!

 

Hulali po polu i pili kakao.

shuygiven

 

Serwus Boys and Girls!
 
Stało się, bo przecież stać się musiało. Magia przedwiośnia udzieliła mi się w stopniu wymownym. Zupy się opiłem. Śledziem zagryzłem. Preparatem baśniowym to umiejętnie pokolorowałem, by tradycji wielkopostnej dać używanie. Czas nas nie oszczędza. Jestem z natury bytem dość nostalgicznym i lubię piękne momenty, a takie zwykłem przywoływać na niniejszym dżemie spejsowym. Już czas na piknik. Pokonałem demony.  Taki zespół z Niecieczy w dniu wczorajszym również... 
 
Dziękuję kilku osobom, które konsekwentnie wyrażały swą opinię odnośnie letargu tegoż to oto bloga.  Nie obiecuję wiecznego postanowienia poprawy, ale obiecuję życiodajny przepływ myśli. Szlifujcie formę. Szykuję trójki "in your face"! 

 

 

 

 


 

Ekscytujemy się!

shuygiven

Jedna z najważniejszych akcji wczorajszego meczu!

Kolumbia płacze, bo odpadła z mistrzostw. Smutek nieznośny.

Brazylia lamentuje, bo Neymar kontuzjowany. A Lionel Messi ciągle w grze.

 


Tajemnice mundialu!

shuygiven

Piłka nożna to szalenie ekscytująca okoliczność. Możesz mieć wszystkie statystyki w jednym palcu, ranking  FIFA wyrecytujesz o 3.30, wracając chwiejnym krokiem do domu, a i widziałeś kiedyś przypadkiem Pawła Zarzecznego (ten o futbolu wie więcej niż wszystkie Gmochy świata), który mocno wczorajszy czekał na tramwaj numer 9... Nic to. Choćby skały srały to futbol kpi z nas kibiców, kiedy chce i jak chce. Hiszpanie już dawno na wakacjach, Angole w ciemnym lesie, Włosi po frajersku w czarnej dupie, Portugalia nikt dokładnie nie wie gdzie. Czy ktoś z Was przewidział choć jedną z tych niespodzianek? Latynosi ogrywają Europejczyków bez większego problemu. Jeńców nie biorą. Jest kolorowo!

 

 

Podoba mi się ten szalony czas mistrzowskich spazmów. Nie wiesz Kibicu nic zupełnie. Rzekomo ciągle w grze Brazylia, Oranje, Kolumbia, Francja. Zaraz pewnie Niemce i Argentyna, ale bądź mądry człowieku pisz wiersze. Co w tej grupie robi wesoła ekipa z Kostaryki? Futbol jest zabawny. 

 

 

Mutombo o Jego Powietrznej Wysokości.

shuygiven

 

"Nigdy nie zapomnę tego meczu, kiedy Michael powiedział mi, że może trafić z linii rzutów wolnych z zamkniętymi oczami. Zachęcałem go, żeby to zrobił. Rzucił i trafił. Pomyślałem sobie - co ja powiem moim dzieciom?"

                                                                       

                                                             Dikembe Mutombo o Nim.

 

 


Vamos a la playa. Po meczu...

shuygiven

Co się stało, że taki niesmak? Za dużo chilli? Taka karma. Od 2008 roku dzielili i rządzili, świat leżał u ich stóp. Dominowali przez 6 długich lat. Wczoraj nastąpił moment bolesnej abdykacji. Król jest nagi. Zmiana wart jest najwyraźniej koniecznością. Dwa mecze - 7 bramek straconych, 1 strzelona... Jeszcze aktualni Mistrzowie nad Mistrzami zagrają mecz z Australią o czapkę śliwek i adios pomidory. Przyznam się, że z wielu względów sympatyzuję z futbolem z Półwyspu Iberyjskiego, i w najczarniejszych snach nie byłbym w stanie przewidzieć, że "śmierć" nastąpi tak nagle... Hiszpanie wrócą jeszcze mocniejsi. Jestem o tym przekonany! A teraz vamos a la playa.

 

 

 

 

 

Jeszcze jedna paląca kwestia. Widziałem w życiu wiele meczy, ale gdy patrzę na grę takich zespołów jak Chile, Meksyk, Australia tudzież Kostaryka jestem przerażony "kulturą gry" w wykonaniu Polaków. My jesteśmy dalej niż nam się wszystkim wydaje. My już chyba nie gramy w ten sam sport! 

John Starks o Jego Powietrznej Wysokości.

shuygiven

 

Michael Jordan?! To ten bejsbolista, taak?

 

John Starks - czołowy obrońca ligi w tamtych czasach

   

 

Następnego dnia Jordan obudził się wcześnie rano, zjadł śniadanie i tuż po pierwszej kawie westchnął głęboko i jakby coś sobie postanowił... Był 28 marca 1995 roku, a Mike nie mógł doczekać się pierwszego gwizdka sędziego. Wiedział już, że Starks musi ponieść konsekwencje swych słów.

 

 

Tego wieczoru z wielką premedytacją popełnił 55 punktów (21 z 37 rzutów z gry). Była to największa liczba punktów zdobyta przez zawodnika przeciwnej drużyny w hali Knicksów. Tym samym poprawił o 5 punktów swój własny rekord z listopada 1986 roku. Koniecznym podkreślenia jest fakt, że był to dopiero piąty mecz po jego prawie 17-miesięcznej "emeryturze". Konfrontacja była wyjątkowa również z innego względu. Jordan pokazał nowy sposób gry. Starszy i bardziej dojrzały zawodnik nie kończył już większości akcji szybkim wjazdem w bliską okolicę obręczy i efektownym dunkiem. Michael pokazał całą gamę nowych zagrań. Wtedy pojawiły się słynne Jordanowskie fade-away jumpers. Obrońcy  gospodarzy mieli trochę roboty, a sfrustrowana mina Johna Starksa była wystarczającym komentarzem do zastanej sytuacji... 

 

Po tym meczu trener Bulls Phil Jackson tak komentował wydarzenia na boisku: "To rzadki przypadek, że zawodnik spełnia przedmeczowe oczekiwania jakie na nim ciążą - szczególnie tu w Nowym Yorku. Widziałem jak wielu zawodników nie wytrzymywało presji i mimo, że byli to wielcy gracze nie byli w stanie jej sprostać. Ale nie Michael, on przez cały mecz kontrolował wydarzenia na boisku. Wydawało się, że gra toczy się całkowicie pod jego dyktando". Oczywiście Bulls wygrali to spotkanie 113-111, a decydujące punkty po znakomitym podaniu pod sam kosz Jordana zdobył Bill Wennington.

 

© Space Jam
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci