Menu

Space Jam

W obliczu postępującej fascynacji basketem spod znaku NBA i piłką kopaną, zacząłem płodzić grafomańskie wersety! Czytelniku Drogi, nalej sobie odrobinę i pozwól mi zająć Twą wysublimowaną uwagę przez dosłownie chwilę. Życie wszakże składa się z ekscytujących momentów...

Wszystko

Jego Powietrzność dla Magic Basketball. Wspomnień czar!

shuygiven

Michael Jordan udzielił pewnego wywiadu w 1997 roku i nie ma w tym zupełnie nic szczególnego, bo wywiadów takich udzielił tysiące. Warte odnotowania jest to, że ta rozmowa ukazała się na łamach czasopisma Magic Basketball, a w latach 90 minionego stulecia, było to nie byle jakie wydarzenie. Przemówił specjalnie dla polskich czytelników, chłonących wszystko co było związane z NBA, a poziom dostępności do informacji nie był tak powszechny jak teraz. Pamiętam doskonale tą okoliczność,  gdy z wypiekami "połykałem" każde jego słowo. Gazeta wędrowała po szkole, a i na godzinie wychowawczej rzeczony wywiad został przeczytany (zgadnijcie kto miał tę przyjemność). Autorytetów młodzież potrzebowała wtedy nie bardziej niż teraz, a nikt jeszcze nie wiedział, że Mike lubił inne uciechy życia, które nie były do końca pedagogiczne. Takie historie  kształtowały naszą świadomość, a jakiś margines osób to czytających na pewno będzie wiedział o czym piszę.

 


 


 

 

 

 

 

 

Czy te ostatnie lata były przyjemniejsze, mniej przyjemne, a może podobne do poprzednich lat twojej kariery?

MJ: "To był trochę inny rodzaj przyjemności. To radość dojrzałości. Człowiek znajduje sobie sposoby cieszenia się, bawienia się, bo wie, że jego kariera już zmierza do końca. A dawniej radość promieniowała z samego toku życia. Byliśmy młodzi, szaleni, spragnieni życia i przygód. Teraz to raczej radość mądra, płynąca z tego, że dobrze wypełniam to, co mam do zrobienia, a później odpoczywam i mam świadomość, że już niewiele jest tej pracy przede mną. Każdy dzień to nowe zmagania, bo kiedy człowiek stawia sobie tak wysokie wymagania i progi, codziennie musi się z nimi zmagać i stawać na ich wysokości".

 

 

 

Czy zgodzisz się z tym, że w pewnym sensie musiałeś wtedy odejść, by na chwilę uwolnić się od bycia Michaelem Jordanem? By oderwać się od oczekiwań, wymagań fanów, kolegów z klubu, całej opinii publicznej? Od presji, by zawsze i wszędzie być wielkim Michaelem Jordanem?

MJ: "Nie powiedziałbym od bycia Michaelem Jordanem, bo przecież kiedy zacząłem grać w baseball wiedziałem, że od większości tego, co ludzie łączyli z moją osobą i tak nie uda mi się uwolnić. Ale na pewno potrzebowałem odmiany. Byłem już zmęczony tym, że od lat robię dokładnie to samo. Że popadłem w rutynę i nie sprawia mi już to takiej radości, jak dawniej. Byłem wyczerpany takim życiem. Z tym uczuciem zbiegło się wiele innych spraw: śmierć mojego ojca, okazja rozpoczęcia kariery baseballisty, ,moje pragnienie zmian. Kiedy patrzę na to dzisiaj, widzę, że to był doskonały moment do zrobienia tego odskoku z wyznaczonej drogi. Musiałem przekonać się, co tracę, żyjąc jak machina w Chicago Bulls, jakie znaczenie mają dla mnie inne strony życia. Musiałem też ocenić z zewnątrz, ile radości potrafię jeszcze czerpać z koszykówki".

 

 


Czy teraz twoje życie znów jest tak szalone jak dawniej- teraz, gdy fani otaczają cię takim uwielbieniem, a tłumy publiczności zbierają się wszędzie, gdzie się pojawiasz?

MJ: "W okresie przed odejściem tak naprawdę nigdy nie rozumiałem, na czym polega całe to zainteresowanie i zachwyt publiczności. Czułem, że ludzie traktują mnie jak jakiegoś boga i bardzo mnie to męczyło. Przecież ja tylko grałem w koszykówkę. Nie zdawałem sobie sprawy jak wielkie znaczenie ma mój talent dla innych- zacząłem rozumieć to dopiero po odejściu. Szczególnie w rozmowach z Philem Jacksonem. Phil powiedział mi: < Nie doceniasz tego, jaki talent otrzymałeś od Boga i nie wiesz, co robisz tym ludziom, odbierając im siebie>. Przyznałem wtedy, że może ma rację, ale nie mogłem wtedy przejmować się czymś takim. Phil też mnie rozumiał. Dostawałem mnóstwo listów od zawiedzionych fanów. Pisali, jak strasznie żałują, że odszedłem. Niektórzy robili mi wyrzuty, ostro wypominali, że to egoizm z mojej strony. Ale nie brakowało też listów z poparciem i sympatią".

 


A jakie nowe wyzwania czekały na ciebie, gdy wróciłeś?

MJ: "Kiedy znów zacząłem grać, w lidze były już nowe twarze. Musiałem stanąć do walki z grupą bardzo zdolnych, młodych zawodników. Porozrywać im akcje i udowodnić im, że jeszcze muszą się uczyć koszykówki, że muszą poznać więcej niż tylko przyjemną stronę finansową. Owszem, basket, to biznes, w którym dobrze się zarabia, ale na szacunek i uznanie trzeba zapracować. Trzeba spełniać swoje zadania codziennie, bez wyjątku. Bez względu na to, czy zarabia się dwa, czy trzydzieści milionów dolarów. Wynagrodzenie nie powinno wpływać na to, z jakim zaangażowaniem się gra. Ludzie patrzą i widzą to. Wiedzą, że gracze NBA zarabiają wielkie pieniądze, ale umieją także rozróżnić, kto gra z zaangażowaniem i radością, a kto chce na zimno zrobić forsę".

 


Jeśli znów zdobędziecie mistrzostwo, co będzie następnym celem?

MJ: Dla mnie następne zadanie, to stale znajdować sobie jakąś motywację, by się dalej rozwijać. Jeśli będziemy mistrzami, trzeba będzie przekonać się, czy uda nam się utrzymać zespół- czy zawodnicy się nie rozejdą. Jerry Reinsdorf zapłacił mi bardzo dobrze za ten rok, ale jeszcze nie wiem, co będzie z następnym sezonem. Wiele zależy od Phila, a także od Dennisa Rodmana. Ja chciałbym, żebyśmy zostali razem. Najważniejszą osobą jest dla mnie Phil, ale Dennis też ma duże znaczenie. Ten facet ma pewne cechy, których nie lubię, ale bardzo szanuję go, jako zawodnika, bo dzięki niemu Bulls są naprawdę jeszcze lepsi. Nie chcę się wtrącać w niczyje życie prywatne, ale dopóki Dennis wchodzi na boisko i robi swoje, z nim w składzie jesteśmy silniejsi".

 


Co Michael Jordan będzie robił mając 40 lat?

MJ: "Będzie codziennie grał w golfa. Czuwał nad wszystkimi swoimi sprawami w biznesie. Jeżeli moje dzieci wybiorą karierę sportową, będę, na ile tylko się da, realizował swoje marzenia sportowe poprzez ich sukcesy. Marzę też o tym, by choć częściowo prowadzić normalne życie. Mieszkać w swoim domu i mieć trochę spokoju. Tylko trochę, bo wiem, że nigdy nie będę mógł żyć normalnie i spokojnie. Mam nadzieję, że zainteresowanie mną trochę opadnie i będę mógł podróżować, pokazywać się tu i tam, bywać prywatnie w różnych miejscach. Na pewno nie zerwę też z życiem publicznym, choćby dlatego, że zawarłem już kontrakty reklamowe na wiele lat naprzód. Ale najważniejsze: codzienna gra w golfa".

 


A MJ 50-letni ?

MJ: "Siwe włosy. Albo raczej siwa broda. Dużo spokoju, koniec z szaleńczą pracą. Nie wiem jeszcze co będę robił. Chciałbym budzić się co rano i robić to, na co mi akurat przyjdzie ochota. Nie czuć presji wymagań i zobowiązań nie mieć kolejnych obowiązków do wypełnienia".

 


Ale twój duch walki na pewno zmusi cię do tego, żeby wciąż coś dobrze robić i konkurować z innymi.

MJ: "W każdym razie nie będzie to już konkurencja w sporcie- z wyjątkiem golfa. W tym czasie będę miał już dość walki o wyniki sportowe".

 


Czy myślisz o Senior Golf Tour?

MJ: "Nie. Dostanie się tam wymaga ogromnej pracy. Ja już się przekonałem, ile wysiłku trzeba było, żeby być dobrym w tej dyscyplinie. Nie chcę powtarzać tego samego w innej".

 


Więc może aktorstwo?

MJ: To zajmuje za dużo czasu. Nabrałem wielkiego szacunku dla zawodu aktora. Kiedy kręciliśmy "Kosmiczny Mecz", prawdziwi aktorzy musieli z nami trenować- były całe serie meczów próbnych. Rozmawiałem z Deanem Cainem (tym, który gra Supermana  w telewizji). Nie mogłem uwierzyć ile on ma zajęć. Przychodził na treningi i grał z nami w kosza od 7 do 9 wieczorem. Później wracał przed kamery i przez cały późny wieczór prowadził show telewizyjny. Każdego dnia od rana ćwiczył na siłowni z ciężarkami, by utrzymać swoje ciało w formie i móc fizycznie wytrzymać tak napięty rozkład dnia. Chyba nie potrafiłbym tak pracować. Aktorstwo, to także szalone zmiany tempa: na zmianę się gra- z całym napięciem i koncentracją- i czeka bezczynnie całymi godzinami. Ludzie nie wiedzą, ile w aktorstwie jest czekania: na ustawienie sceny, zmianę świateł, itd. Wtedy całe skupienie uchodzi, ale za chwilę znów trzeba się skoncentrować i zagrać scenę. A potem znów czekanie. To tak, jak gdyby ostry mecz był przerywany co kilka minut na dwie godziny. Start- stop- start- stop i cały czas w ten sposób. To zajmuje mnóstwo czasu. Nie, ja się do tego nie nadaję".

 


Grałeś w filmie, a jednocześnie grałeś w kosza z aktorami. Co jest gorsze, gdy koszykarz stara się być aktorem, czy gdy aktor próbuje grać w koszykówkę?

MJ: "To już zależy od konkretnego  zawodnika i aktora. Dean Cain ma talent, a kiedy czegoś nie umiał, wiedział, kiedy się usunąć. Niektórzy nie mają tego wyczucia i kiedy sami próbują, dziwią się jak to możliwe, że gracze NBA są tacy świetni. Jeśli w pewnych akcjach nie ustąpią z drogi, mogą zejść z boiska mocno poturbowani. Ale Dean umiał się ruszać. Tak, Dean Cain był dobry. Oczywiście jak na aktora: jeśli porównać go nawet z przeciętnymi zawodnikami, widać, że absolutnie nie mógłby grać w NBA. Trzeba to oceniać na innym poziomie: on byłby dobry w drużynie koszykarskiej towarzystwa młodzieży chrześcijańskiej, a ja mógłbym być dobry jako aktor w szkolnym kółku dramatycznym. Tylko tyle".

 


Czy po ostatecznym odejściu z NBA, pójdziesz grać do Europy?

MJ: "Zawsze mówiłem, że chciałbym tak zrobić: polecieć za ocean i grać w jakimś zespole europejskim, żeby przekonać się, jak to jest, sprawdzić, jak się tam rozumie koszykówkę. Ale już nie chcę. Wystarczy, że obserwuję wszystkich Europejczyków, którzy przyjeżdżają do nas i grają w NBA. Już rozumiem ich grę, i nie sądzę, by coś ważnego mnie ominęło".

 


Można spotkać się z opinią, że młody, latający Michael Jordan miał tak wielki wpływ na młodzież uczącą się grać w kosza, że zaczęli oni naśladować jego styl gry, lekceważąc same podstawy koszykówki, tradycyjne elementy gry i umiejętności rzucania. Dzieciaki chcą naśladować twoje loty na kosz i wściekłe wsady, a nie rzut z półdystansu, za 3 punkty, czy grę obronną. W wyniku tego większość młodych koszykarzy nie rzuca tak celnie, jak gwiazdy z dawnych lat. Co o tym myślisz?

MJ: "Uważam, że to nie jest wpływ samego Michaela Jordana. To raczej wpływ pokazywania Michaela Jordana przez media, marketingu jego gry. Do urywków w programach sportowych, do każdej reklamy, czy kasety video wybierano to, co ludzie chcieli zobaczyć, czyli długi skok i slam-dunk. Ten sam Michael Jordan grał wszechstronnie, grał w obronie, robił wszystkie inne rzeczy, ale tego już nie eksponowano. Myślę, że jeśli ktoś chce mnie oskarżyć o taki wpływ na młodzież, powinien winić bardzo wielu ludzi. Przy okazji meczu All-Star organizuje się turniej slam-dunków i inne takie rzeczy. To właśnie efekty tamtych lat, gdy promowało się widowiskowe zdobywanie punktów. Dziś już jest inaczej, nasza liga promuje wiele innych stron koszykówki. Poza tym wszyscy w jakiś sposób odpowiadamy za to, jak promowaliśmy ten sport i jak go widziano. Przecież wielki wpływ mieli również Magic Johnson i Larry Bird. Rzeczywiście, gdy ja stałem się sławny ten wpływ się nasilił dzięki mojej skoczności. Muszę przyznać, gra się przez to trochę zmieniła, ale wszyscy mieli w tym jakiś udział".

 


Musisz być zdziwiony, gdy widzisz, jak młodzi gracze starają się naśladować twoje slam-dunki.

MJ: "Najciekawsze jest to, że te zagrania nie były w żaden sposób zaplanowane. To był moment, instynkt, improwizowanie w chwili wybicia się w powietrze. A potem, zarejestrowane kamerą, oglądane i naśladowane, zaczęły jakby żyć własnym życiem. Ludzie wyróżnili u mnie różne rodzaje wsadów. Zapamiętali je, uznali za moje wizytówki. Ja nie myślałem o żadnym stylu. Nie chciałem tworzyć nic trwałego. Ale ludzie myślą inaczej. Na przykład: stałem na parkiecie. Dostałem podanie, skoczyłem w górę, w skoku rozłożyłem szeroko nogi. Piłkę trzymałem w lewej ręce. Wszystko to przypadkowo: tu było trochę miejsca, tam nadbiegali przeciwnicy. Ktoś zrobił zdjęcie. Później wszyscy patrzyli na to zdjęcie, uważali, że był to wyskok w rozbiegu, z celowym rozłożeniem nóg- i naśladowali to".

 


Co czułeś, gdy wybrano cię do grona 50 największych koszykarzy w historii NBA?

MJ: "To wielki zaszczyt, ale o tym kogo należy zaliczyć do 50 największych, można dyskutować bez końca. Ja chyba nie umiałbym zestawić sam takiej 50-tki. Cieszę się, że przy okazji wszyscy zwrócili sporo uwagi na graczy z przeszłości. To było najlepsze w całej uroczystości".

 


Kiedy byłeś chłopcem, jacy byli twoi koszykarscy idole?

MJ: "David Thompson i Walter Davis. Obydwaj z mojej uczelni North Carolina. Ale wtedy nie mieliśmy okazji chodzić często na mecze i trudno nam było identyfikować się z gwiazdami. Sława była raczej lokalna. Znałem tych, którzy byli blisko. W telewizji były tylko kanały ABC i NBC, nie odbieraliśmy nawet CBS".

 


Powiedziałeś kiedyś, że jeżeli mógłbyś rozegrać w fantazji mecz z którymś z dawnych zawodników, to byłby Jerry West.

MJ: "Tak, moim marzeniem jest mecz, w którym przeciwnikiem byłby Jerry West. A właściwie, on i Jerry Sloan. To dlatego, że Jerry Krause, przysięga, że Sloan umiałby mnie zamknąć i zdusić. A West dlatego, że chciałbym sam się przekonać, jak wielkim był graczem. Nazywali go Mr. Clutch (Pan Sprzęgło)- podobno potrafił się tak zacisnąć na krytym przez siebie zawodniku. Przyjemnie byłoby sprawdzić, czy miałbym w walce z nimi coś do powiedzenia".

 


Woda kolońska "Michael Jordan" okazała się jednym z najlepszych bestsellerów zaraz po wypuszczeniu na rynek w zeszłym roku. Jak to się stało?

MJ: "Myślę, że oprócz tego, że to woda kolońska, jest to także coś dla kolekcjonerów. Firma Bijan zrobiła świetną robotę z badaniem rynku i określeniem, jaka powinna być woda "MJ". Chcieli zrobić coś, co byłoby dobre samo w sobie i miało wzięcie, a nie tylko gadżet kupowany dlatego, że jest na nim napisane "Michael Jordan". Zanim wprowadzili ten produkt na rynek, zanim go stworzyli, wydali mnóstwo pieniędzy na badania, jaki zapach będzie najlepszy, kto go będzie kupował, czy mężczyźni będą chcieli używać wody "MJ". Ale kolekcjonerzy też przyczynili się do sukcesu. Wiem, że niektórzy kupują po 12 flakonów na raz. Wprowadzono taki limit".

 


Czy nie sądzisz, że ostatecznym testem twojej siły rynkowe byłby sukces linii kosmetyków do włosów marki Michael Jordan?

MJ: "Kiedyś była taka seria wypuszczona przez firmę Johnson, tu, w Chicago. Ale kiedy skończyłem z włosami, musiałem skończyć i z tym. Nie, na to nie ma szans. Nie będzie już kosmetyków do włosów firmy Michael Jordan".

 


MJ o graniu na fortepianie:

"A więc tak, grałem na nim. Nie mieszajcie tu różnych rzeczy. Naciskałem klawisze. Nie wiedziałem, co robię, ale to jest dla mnie wielka ulga i to wszystko".

 


MJ po sprzeczce z Chrisem Childsem:

"To prawda, odwróciłem się i uderzyłem go łokciem, a on rzucił we mnie piłką... Oczywiście mogłem mu się odwzajemnić. Mogło to się skończyć zawieszeniem, ale mój rozsądek zwyciężył".
Odpowiedź Chrisa: "Przez cały wieczór otrzymywałem uderzenia łokciem i nic nie mówiłem. Ale kiedy taki cios ląduje na głowie albo na twarzy, może to grozić pożegnaniem się z karierą. Nic dziwnego, że mnie to zirytowało. Wszystko mi jedno, kim jesteś, ale tak się nie gra. On jest bardzo dobrym graczem, ale nie może walić łokciem w moją głowę... tak, żebym nie mógł się pozbierać".

 


 

Pisownia oryginalna. Wywiad ukazał się w 1997 roku na łamach miesięcznika Magic Basketball.

The Future is Now!

shuygiven

Przyszłość nadeszła w Bostonie szybciej niż wszyscy moglismy się tego spodziewać! Koszykówka to bardzo dynamiczna dziedzina życia. Jaylen Brown świętował swoje 21 urodziny w takim oto powietrznym stylu. Przypomina to Wam kogoś?  Wykręcił 23 punkty w meczu z Knicks i razem z 19-letnim Jayson'em Tatum (22 pkt)  poprowadził Celtów do zwycięstwa  różnicą 21 punktów. Wątek historyczny z udziałem tych dwóch wygląda następująco. Są to pierwsi zawodnicy w dziejach Celtics, którzy mając 21 lat lub mniej rzucili w jednym meczu po 20 punktów! Niebywałe, że obaj razem mają mniej lat, niż grający jeszcze w barwach Sacramento Kings, ciągle elektryczny Vince Carter. To nie zdarza się zbyt często...

 

 

Dawno temu w Ameryce.

shuygiven

Był rok 2008. Tamtego lata w Bostonie zabrakło szampana i tego chujowego w smaku Budweisera. Celtics zostali Mistrzami Wszechświata w koszykówce! Garnett, Allen i Pierce stanowili fundament drużyny i siłą rozpędu pokonali w finale Los Angeles Lakers stosunkiem 4-2. Po 22 latach przerwy 17 sztandar mistrzowski zawisł pod kopułą TD Garden. Świat był wtedy bardziej zielony...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

This is why we play.

shuygiven

Halo Świat, halo Warszawo! Trzeba wiedzieć jak grać. A jak się nie wie, to i tak trzeba grać. Choć preferuję basket bardziej statyczny, to ciągle rażę zza łuku niczym Ray Allen. Winda w łydach? Nuda, bo nigdy jej nie miałem. Shawn Kemp ze mnie taki jak z Ciebie śpiewak operowy, no ale wiatr w nozdrzach i dawaj na boisko. Wyrównam oddech, zrzucę z 8 kilogramów i znów będę rozdawał te perwersyjne noł luk pasy. Majkel Dżordan ciągle świerzbi mi wyobraźnię. Koszykówka to taka radośnie nieznośna lekkość bytu. Widziałeś ten zwód? Znów za mną nie zdążyłeś! Dobra, zaczynaj grę...

 

Magic o Jego Powietrznej Wysokości.

shuygiven

 

 

 

"Mój ulubiony mecz rozgrywał się w finałach sezonu 1990/91. Michael podbiegł, zrobił zwód w prawo, poszedł w lewo, kozłował piłkę z tyłu, trzymał ją przez chwilę. Wystawił język, wyskoczył w powietrze. Jest wciąż w powietrzu i ja jestem przy nim, i mówię, że mu się nie uda, nie przejdzie przez nas, nie przejdzie przeze mnie... A jednak tak, Michael przeleciał, przełożył ręce i wrzucił. Michael tak potrafi, wykiwał wszystkich. Na drugi dzień opowiadają w pracy: Szkoda, że tego nie widziałeś !"

Oh mon dieu!

shuygiven

 

 

Sytuacja jest nader dynamiczna! FC Barcelona bezradna niczym Najman w ringu. Paryż pijany ze szczęścia. Konsternacja i niedowierzanie! Prawdopodobnie to ekspansywne 4-0 w cymbał, odciśnie się na ekipie Enrique piętnem. Nikt nie mógł czegoś takiego przewidzieć. Nikt. Katalońskie kwiaciarki roniły całą noc perliste łzy. PSG wyszło na ten mecz nabuzowane tak, jakby od zwycięstwa zależała ich ziemska egzystencja. Pamiętacie motyw z fabularnego "Space Jam". Kosmici pozbawiają koszykarskich talentów gwiazdy NBA, by w nierównej walce pokonać ekipę Królika Bugs'a. Nasuwa się błyskotliwe pytanie w mej głowie. Kto wczoraj pozbawił piłkarskiego kunsztu, Herosów z miasta o złocistych plażach? Kto? Padli ofiarą deklasacji wprost idealnej bez prawa głosu. Spektakularna bezradność. Czy to możliwe? Może bukmacherskie mafie rodem ze słonecznej Malezji, maczały w tym procederze swe obtłuszczone paluchy? 

 

 

Skrót z tego meczu nadaje się wprost idealnie do Pornhuba, kategoria gang bang! Tylko tam! Mogę odpowiedzieć również na jedno pytanie już teraz - Barca tego w rewanżu nie odrobi! Nawet jeśli w składzie PSG wyjdzie Krychowiak to i tak we francuskich fontannach będzie płynąć szampan! 

 

 

 

Dygresja sędziowska do wglądu dla Was. Nie od wczoraj wiadomo, że obecność Szymona Marciniaka na Łazienkowskiej 3, zawsze jest podkreślana kibicowskim komunikatem, lapidarnym aczkolwiek wymownym, a brzmi on tak:

-MARCINIAK!? 

- Co?

- Ty kurwo!

Trzeba jednak oddać polskim sędziom, że wczorajszy mecz prowadzili fantastycznie i dostosowali się poziomem do piłkarzy Paris Saint-Germain! Zadajcie sobie teraz trud i przeczytajcie te nazwiska: S. Marciniak, P.Sokolnicki, T. Listkiewicz i R. Siejka! Bravo Panowie! Polska!

Każdy szczęściu dopomoże, każdy dzisiaj wygrać może!

shuygiven

I nastał ten czas szumnie określany Nowym Rokiem.

 

 

 

Postanowienia sprzed tygodnia o kuriozalnych celach na kolejne 12 miesięcy, to raczej jakaś schizofreniczna paranoja. Pewnie aktualnie odliczacie czas do kolejnego meczu ukochanej drużyny, smarując kajzerkę masłem orzechowym. Wisła płynie tempem frywolnym do Gdańska, smog nonszalancko wisi nad miastem, a kolejne demonstracje na ulicach zaklinają rzeczywistość. Przesłanie  na ten kolejny rok jest jedno - bądźcie sobą i cieszcie się życiem! By natchnąć Was życiodajnym entuzjazmem, przedstawiam w te pędy mój kupon od zaprzyjaźnionego bukmachera... Pięknie, żeśmy ten Sporting Lizbona potraktowali grudniową porą. Gdy Guilherme otworzył wynik na dość wczesnym etapie meczu, nie łudziłem się nadto, że to będzie ten jeden jedyny golden gol, który zapewni nam Ligę Europejską, a mojej mało skromnej osobie zawadiackie 810 złotych wypłaty. Roztropnie domyślacie się jakiego rzędu adrenalina towarzyszyła mi od powiedzmy 75 minuty spotkania... Uff, fortuna tego dnia była  Damą wybitnie urodziwą! A z Ajaxem Amsterdam mamy kilka zaległych kwestii do "przedyskutowania"...

 

 

 

 

Hulali po polu i pili kakao.

shuygiven

 

Serwus Boys and Girls!
 
Stało się, bo przecież stać się musiało. Magia przedwiośnia udzieliła mi się w stopniu wymownym. Zupy się opiłem. Śledziem zagryzłem. Preparatem baśniowym to umiejętnie pokolorowałem, by tradycji wielkopostnej dać używanie. Czas nas nie oszczędza. Jestem z natury bytem dość nostalgicznym i lubię piękne momenty, a takie zwykłem przywoływać na niniejszym dżemie spejsowym. Już czas na piknik. Pokonałem demony.  Taki zespół z Niecieczy w dniu wczorajszym również... 
 
Dziękuję kilku osobom, które konsekwentnie wyrażały swą opinię odnośnie letargu tegoż to oto bloga.  Nie obiecuję wiecznego postanowienia poprawy, ale obiecuję życiodajny przepływ myśli. Szlifujcie formę. Szykuję trójki "in your face"! 

 

 


 

Ekscytujemy się!

shuygiven

Jedna z najważniejszych akcji wczorajszego meczu!

Kolumbia płacze, bo odpadła z mistrzostw. Smutek nieznośny.

Brazylia lamentuje, bo Neymar kontuzjowany. A Lionel Messi ciągle w grze.

 


© Space Jam
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci