Menu

Space Jam

W obliczu postępującej fascynacji basketem spod znaku NBA i piłką kopaną, zacząłem płodzić grafomańskie wersety! Czytelniku Drogi, nalej sobie odrobinę i pozwól mi zająć Twą wysublimowaną uwagę przez dosłownie chwilę. Życie wszakże składa się z ekscytujących momentów...

Idzie środkiem Kowalczyk!

shuygiven

 

Siedzę sobie gdzieś w mieście stołecznym i tak kontempluję ciszę nieśpiesznie. Jest poniedziałek. Ludzkie mrowie goni za kwestiami raczej złudnymi. Wskazówki zegara robią swoje. Smakuję z wybitnym zaangażowaniem browar z zielonej Warmii. Paru z Was zna ten smak doskonale i przejawia solidarność, z czynionym przeze mnie procederem. Myśli wartkie pochłania mi lektura treści o sławnym piłkarzu z Bródna, który brał "na zamach" nie jednego na boiskach zielonych. Bo to właśnie niepokorna sylwetka Wojciecha Kowalczyka i jego bramki z Sampdorią Genua odcisnęły się na mnie piętnem wiekuistym.

 

Był 20 marca 1991 roku. Wierzyliśmy wtedy w rzeczywistość z amerykańskich filmów o szybkim kopnięciu, a magnetowid VHS był najważniejszym członkiem polskiej rodziny. Tego dnia na Stadio Luigi Ferraris, Legia Warszawa biła się o półfinał Pucharu Zdobywców Pucharu z galaktyczną Sampdorią, a trzeba Wam wiedzieć, że w tamtejszej czasoprzestrzeni to był zdecydowanie TOP 5 piłkarskich klubów na planecie Ziemia. A moja Legia jechała do jaskini lwa spróbować nie przegrać meczu zbyt wysoko, a może... Przypomnę, że w pierwszym meczu na wypełnionej po brzegi Łazienkowskiej, wydarzyło się niesamowite w postaci zwycięstwa Wojskowych 1-0, po golu niepozornego Dariusza Czykiera. Warszawa była pijana ze szczęścia i nie tylko. Włosi przecierali oczy ze zdumienia! My jeszcze bardziej! Nie spałem pół nocy. Moja małoletnia wyobraźnia rozgrywała ten mecz w głowie raz jeszcze...

 

No i gramy ten rewanż. Adrenalina milion... Obaw jeszcze więcej. Dodatkowo Legię w przerwie zimowej opuścił Roman Kosecki i przyjął ofertę tureckiego Galatasaray. Jego brak wydawał się katastrofą. Kto za niego? Makaroniarze pewni swego. Podrażnieni. Na boisku Roberto Mancini, Gianluca Vialli, Atillo Lombardo i bramkarz Gianluca Pagliuca! Używając jakiegoś rozumnego przełożenia, to w realiach nam współczesnych gwiazdy futbolu na poziomie Luisa Suareza tudzież innego Sergio Ramosa. A my takie butne orły, sokoły ze ściany wschodniej, marzące o czymkolwiek, byle na wysoki połysk. Piłka nożna ma to do siebie, że pozwala maluczkim wznieść się na piedestał... 

 

Trener Stachurski miał przed meczem uczulać 19-letniego Kowalczyka na walory piłkarskie rywala, jednakże po co to komu. Kowal palnął, że nie takich kiwał na Bródnie. Ja powiedział tak zrobił. Zapakował w 19 i 54 minucie po golu, a niemożliwe stało się rzeczywistością. Sampdoria wyrównała po golach Manciniego i Vialli'ego, ale kogo to obchodziło. Legia Warszawa awansowała do półfinału rozgrywek. Kibice Dorii trwali w spektakularnym osłupieniu!!!

 

W ten dość banalny sposób, butny Kowalczyk skradł moje serce dla Legii Warszawa po wsze czasy! Minęło 25 lat... Wasze zdrowie!

 

 

 

 

 

Książkę polecam każdemu, kto kocha piłkę nożną lat 90! Klasyka gatunku do której wraca się co czas jakiś!

 

Komentarze (2)

Dodaj komentarz
  • Gość: [Leszek_Pisz] *.play-internet.pl

    Również mam duży sentyment do tej książki. Z którego roku jest to wydanie? Pozdro z Żoliborza.

  • shuygiven

    To jest wydanie pierwsze z 2003 roku. Egzemplarz już dość ciężki do zdobycia. W listopadzie 2012 roku trafiło do księgarń nowe wydanie. Pozdro dla Legionisty!

© Space Jam
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci