W obliczu postępującej fascynacji basketem spod znaku NBA i piłką kopaną, zacząłem płodzić grafomańskie wersety! Czytelniku Drogi nalej sobie odrobinę i pozwól mi zająć Twą wysublimowaną uwagę przez dosłownie chwilę ...
Blog > Komentarze do wpisu

Na kłopoty Lin. Historia prawdziwa.

Jeremy Lin na przestrzeni minionych dwóch tygodni stał się bohaterem masowej wyobraźni, udowadniając tym samym, że każdy może osiągnąć swój cel, jeśli tylko w to wierzy i wytrwale walczy. Banał to okrutnie wyświechtany i znany każdemu optymiście, ale po raz kolejny dzięki odrobinie szczęścia miał prawo się urzeczywistnić, a społeczność nie tylko azjatycka ma spore powody do entuzjazmu. To doprawdy historia niebywała.

 

 

Rozgrywający New York Knicks jest przykładem typowego chłopaka z sąsiedztwa, który ze swej skośnej perspektywy postrzega świat takim, jakim jest i konsekwentnie prze do przodu.  Historia ta nawet jak na amerykańskie realia jest dość wyjątkowa. Jego rodzice wyemigrowali z Tajwanu w latach 70 tamtego stulecia, a owocem ich uczucia jest właśnie Jeremy, który urodził się 23 lata temu już w USA. Od najmłodszych lat przejawiał duże zainteresowanie koszykówką. W szkole średniej w Palo Alto był zawodnikiem mocno wyróżniającym się pośród rówieśników. W ostatnim roku nauki, będąc kapitanem drużyny, poprowadził ją do mistrzostwa stanowego i wyniku 32-1. Choć w opinii wielu ekspertów był uważany za najlepszego zawodnika stanu Kalifornia, to jednak dalszy rozwój wypadków wcale nie potwierdzał jego sukcesów. Uczelnie wyższe nie waliły drzwiami i oknami, a Lin nie miał bólu głowy związanego z wyborem. Jego warunki fizyczne (191 cm wzrostu) nie rozpalały wyobraźni uniwersyteckich skautów, a jego średnio widowiskowy styl gry nie rokował zbyt dobrze. Choć ta koszykarska niepozorność bardzo komplikowała perspektywy, to jednak zdarzył się „amator skośnych jabłek” w postaci uczelni Harvard, która z koszykówką ma tyle wspólnego, co trener Smuda ze stoickim spokojem. Jeremy skończył szacowne studia na wydziale ekonomii i prędzej mógł zostać pierwszym azjatyckim prezydentem Stanów Zjednoczonych niż zawodnikiem NBA, ale do upartych świat należy.

 

Podczas swej 4-letniej edukacji był jednak… wielką gwiazdą drużyny Harvard Crimson, która występuje w Ivy League. Dzielił i rządził, bił kolejne indywidualne rekordy, a kibicom „niekoszykarskiego” Harvardu przysporzył wielu pięknych momentów. Był dwukrotnie wybierany do piątki najlepszych zawodników dywizji, a gdy kończył karierę został pierwszym graczem w historii Ivy League, który popełnił, co najmniej 1450 punktów, 450 zbiórek, 400 asyst i 200 przechwytów. Zupełnie nieźle jak na niepozornego Azjatę bez szybkości i niesamowitego wyskoku, bez spektakularnych wsadów, a o zjawiskowych umiejętnościach strzeleckich nie wspominając. Co było dalej? Powtórka z rozrywki, czyli kto przygarnie solidnego Lina, który jednak bez błysku i atletyzmu w NBA sobie nie ma prawa poradzić. Marzenia nawet o drugiej rundzie draftu zdawały się być zbyt wygórowane, a łowcy młodych talentów kierowali się raczej racjonalnymi przesłankami. Choć kilka drużyn zaprosiło Lina na testy sprawdzające młodych zawodników przed draftem, to jednak jego gra nie przypadła do gustu osobom decyzyjnym. Jaka mogła być przyczyna? Przecież nasz bohater nie mógł nagle zatracić swoich atutów. Odpowiedź wydaje się dość banalna. Podczas takich testów utalentowana młodzież sprawdzana jest w mniejszych grupach, czyli w gierkach jeden na jednego, dwóch na dwóch, trzech na trzech. Nie każdemu taki system „leży”, a już na pewno nie uwydatniał on zalet Lina, który przecież swoje wie i grać potrafi. Efekt był taki, że jego koszykarski kunszt nie został doceniony, a rzeczony draft stał się marzeniem ściętej głowy.

 

 


 

 

Dalej historia potoczyła się banalnie. Jeremy Lin za sprawą zaoszczędzonych monet z uczelnianego stypendium postanowił wcielić w życie swe ekonomiczne talenty i w słonecznej Kalifornii (tam gdzie nigdy deszcz nie pada) otworzył kilka budek z chińskim żarciem… Przecież to nie w jego stylu. Ot banalna przeszkoda, którą przecież trzeba z całym impetem sforsować. Jak nie drzwiami to oknem pomyślał Jeremy i tak uczynił. Swojego „okna” upatrywał w rozgrywkach ligi letniej, która w wielu przypadkach również była trampoliną do wyśnionej NBA. Tamtego roku Summer League odbywało się w Las Vegas. Do swej drużyny zaprosili go tylko trenerzy Dallas Mavericks i w końcu nasz „skośny niezłomny” mógł zaprezentować swe talenty w normalnym meczu. W pierwszych 3 grach zaliczał średnio po 15 minut i swymi boiskowymi poczynaniami nie wprawiał raczej nikogo w euforyczne stany. Był jednym pośród wielu próbujących spełnić swe sportowe fantazje. Różnica była jednak zasadnicza. Jeremy Lin ani przez moment nie wątpił w zasadność swych decyzji i był gotów.

 

No i zdarzył się w końcu kluczowy moment, a tym samym perspektywa zielonego światła na bezkarne noszenie skarpetek z logo NBA stała się prawdopodobna. Przełom nadszedł wraz z meczem przeciwko Washington Wizards. Za sprawą kontuzji niejakiego R. Beaubois, Lin spędził na boisku 27 minut, a jego bezpośredni rywal w osobie Johna Walla nie miał łatwo. Numer 1 draftu został kilka razy ograny w ofensywie przez Lina, a dzięki jego twardej obronie trafił tylko 4 z 19 rzutów. Jeremy zdobył 13 punktów, a 11 oczek w samej czwartej kwarcie. Choć Mavs mecz przegrali, to wreszcie telefon menadżera zaczął dzwonić, a Lakers, Mavericks i GSW wyrazili zainteresowanie młodym graczem. Wybór padł na jego ulubioną drużynę, czyli Golden State. Z miejsca stał się pupilem kibiców, a miejscowa społeczność azjatycka wreszcie miała bohatera, z którym mogłaby się utożsamiać. Zdarzało mu się wchodzić na końcowe minuty rozstrzygniętych meczy, ale bardziej kluczowa była sama możliwość pracy nad sobą, a wszystko w ramach struktury NBA. Jego czas przecież miał dopiero nadejść...

 

 

 

 

Lin w Warriors trenował ciężko, pił dużo napojów energetycznych, podpatrywał starszych kolegów i ogrywał się na zapleczu NBA w D-League, by być gotowym, gdy nadejdzie ten dzień. Niestety tego momentu nie mógł przeżyć w GSW, a w grudniu minionego roku został wytransferowany do Rockers gdzie podobno mają smaczne obiady. Z kuchnią teksańską nie zdążył się dobrze poznać, gdy po jego talenty postanowili sięgnąć New York Knicks. Nikt nie miał prawa przypuszczać, że jego przeznaczenie właśnie się dopełnia. Podkreślam nacisk na NIKT! Jakieś 10 dni temu przydarzył się taki banalny mecz z drewnianymi New Jersey Nets, który w stopniu znacznym zmienił ciąg bieżących zdarzeń. Dalszy ciąg filmowej opowieści o człowieku z mrocznego końca ławki rezerwowych znacie już doskonale. Lin postanowił zawładnąć umysłami mas, a od jego „debiutanckich” 25 punktów przeciwko Netsom, New York Knicks wygrali aż 7 meczów z rzędu! Udziału w tym znacznego nie mieli Amare Stoudemire czy Carmelo Anthony, a właściwie to sprokurował to w stopniu znacznym tylko On sam. Na chwilę obecną Spike Lee ma się z czego cieszyć, bo z Linem na rozegraniu Knicks zaliczyli 8 zwycięstw przy 2 porażkach. Bilans to zamaszysty. Póki, co powstrzymam się od snucia wizjonerskich scenariuszy w temacie, jeszcze nie teraz. Chciałbym skupić się tylko na przeżywaniu tych wszystkich ekscytujących momentów, bo są to chyba historyczne chwile, które mogą być wspominane niebawem z dużym uśmiechem…

 

 

 

 

Minionej nocy wesoła nowojorska kompania musiała obejść się smakiem, a konfrontacja z Nets skończyła się zaskakującą porażką. Lin oczywiście na swoim poziomie, wreszcie zadebiutował Baron Davis, a po kontuzji pachwiny w końcu próbował wkomponować się w drużynę ten majestatyczny Anthony. Trener Mike D’Antoni ma do dyspozycji bardzo interesujący ludzki materiał, który przy roztropnym zarządzaniu może przekształcić się w zespół o dość dużej sile rażenia. Koszykarscy bogowie wreszcie postanowili zlitować się nad kibicami z MSG i zesłali im mesjasza w kolorze yellow. Może jeszcze nie w tym sezonie, ale ostatnie „wczesno wiosenne podrygi” zwiastują bardzo perspektywiczną przyszłość dla tej organizacji. Tymczasem o mankamentach nie wspominam celowo, bo nie roszczę sobie praw do wybujałego obiektywizmu! Jeszcze nie teraz. Dajmy czasowi czas… Linie trwaj na przekór wszystkim malkontentom!

 

 

 

wtorek, 21 lutego 2012, shuygiven

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: andrzejpluuu, public100439.xdsl.centertel.pl
2012/02/22 08:19:27
Dodał bym tylko, że w czwartek Knicks grają z Heat , zrywam nockę , bo czuję (wiem) że ten mecz będzie wyrywający z fotela !!!
Mega ofensywna ekipa Knicks , kontra 3 strzelby z Florydy (no może strzelby to dwie) , już się popcorn robi, goździki do wina grzanego są w szafce .
-
Gość: Allan Houston, host-46-186-59-216.dynamic.mm.pl
2012/02/22 11:28:02
Trochę jeszcze wody upłynie w Amazonce zanim Knicks stawią opór Żarom i przy okazji będą mieć jakieś widoki na zwycięstwo. Będzie klęska przeciwko LeBronom...
-
2012/02/22 20:59:00
Panowie dziś Hawks, jutro Heat. Ciekaw jestem czy niejaki Melo w którymś ze spotkań zdobędzie +20 punktów, a przybijane piątki z Linem nie będą tylko czystą kurtuazją...
-
Gość: mendalinho, asa-lan-adm.uwm.edu.pl
2012/02/24 15:08:01
Lin przypomina mi naszego eksportowego rozgrywającego Andrzeja Plute.Ten wychowanek Pogoni Rudy Śląskiej jest uosobieniem polskiej myśli szkoleniowej(jakby ktoś nie pamietał w koszu to rzuć i wróć w piłce noznej jebnij i pobiegnij).Ten nieszablonowy gracz wychowany na ziemiakach i schabowym spełnił swoje marzenie został reprezentantem Polski.W przerwie miedzy meczami popijając piwo i paląć papierosy marzył o wyjeżdzie do najlepszej ligi świata NBA.Jak myslicie czego mu zabrakło?
-
2012/02/25 10:15:30
@ mendalinho

Pluta za mało pił, za mało palił i został tylko najlepszym strzelcem za 3 w naszej przaśnej lidze basketu. A propos jebnij i pobiegnij to natchnąłeś mnie Mendi :) W końcu grałeś kiedyś w Sparcie Brodnica...

@ andrzejpluuu

Trzy ostatnie mecze Carmelo Antoniusza to kolejno 19, 15 i 11 punktów... Lin go chyba jeszcze nie chce nadmiernie forsować! :P

stat4u
Blogi Sportowe
Najlepsze Blogi


SportowyŚwiat.com